wtorek, 6 marca 2012

Prawda życiowa

– Czy nie mógłby Pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? – spytała Alicja
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść. – odparł Kot-Dziwak

Ja już wiem, gdzie chcę...

piątek, 10 lutego 2012

Z kroniki podróżnej

Wróciłam. Z miejsca, z którego wyciągnęłam bardzo ważne lekcje:
1. Nawet bez znajomości języka się porozumiesz, ale wyraźniejsze mówienie nic nie daje, jeśli nie wiedzą co oznacza słowo „gdzie” to nawet jak powtórzysz je bardzo wolno i wyraźnie raczej nic z tego nie będzie
2. Jeśli nie jesteś fanem bodypainting’u lepiej nie zapominać o kremie z filtrem. Zapomniałam w pierwszy dzień i już przez cały wyjazd na plecach miałam odbity top- już go nie lubię.
3. Zapamiętaj, jak wyglądają Twoje kostki u stóp. Moje zniknęły w połowie wyjazdu i wróciły dopiero po powrocie. Ale w sumie im też należą się wakacje…
4. Zasypiając z Zaślubionym w jednym łóżku nigdy nie masz pewności czy po obudzeniu On wciąż tam będzie…może kiedyś skorzystam z tej lekcji, póki co uczę się węzłów marynarskich
5. Jeśli na obczyźnie wielbią jakiś napój nie jest pewne, że i Ty go pokochasz. Widząc sączących wszędzie yerba mate zakupiłam cały zestaw bez wcześniejszego zakosztowania. Po powrocie miał to być akcent sentymentalno- smakowy, był tylko sentymentalny
6. W dżungli są węże i jaszczurki, więc jeśli się ich boisz warto dwa razy się zastanowić zanim się w tą dżunglę wleziesz. Inaczej większość turystow zastanawia się kto jest bardziej przestraszony- Ty czy jaszczurka- jeśli już spotkacie się na drodze
7. Lokalne używki są zdradliwe, więc jeśli chcesz zapamiętać każdą noc pomyśl dwa razy, zanim skorzystasz z poczęstunku
8. Od dwóch kilogramów grilla zjedzoną w jedną godzinę można się pochorować. Dla pewności przetestowała, potwierdzam
9. Idąc na nocny spacer warto zapamiętać dokładny numer budynku, w którym nocujesz, bo jeśli pomylisz nr 5115 z 1551 to potem nocny spacer zmienia się w nocny maraton w przeciwnym kierunku
10. Nawet w miejscu oddalonym od domu o ponad 12000km możesz spotkać rodaka i poznać go po koszulce z napisem „Spółdzielnia”
11. Hot Dog nie wszędzie jest hot dogiem- czasami nazywa się Super Panchos
12. Nawet jeśli masz megawygodne siedzisko w autokarze na dalekie trasy to jeśli za Tobą siedzi mężczyzna, który zgodnie z moją wiedzą biologiczną powinien być na Tamtym Świecie od jakiś 100 lat, nie wyśpisz się. Chyba że nie straszne są Ci strzały w czoło za każdym razem, kiedy mężczyzna idzie do toalety. A idzie często

Inne lekcje i krótki opis w kolejnych wpisach, póki co wracam do rzeczywistości, w której różnica temperatur między tym co było a tym co jest wynosi 60 stopni. Żyć nie umierać! Na śmierć jest za zimno!

piątek, 13 stycznia 2012

Szczęśliwej drogi już czas

Wyjeżdżam. Tak daleko, że moja wyobraźnia kończy się w połowie drogi. Ale to mój złoty punkt na mapie świata, więc nawet nie próbuję tego ogarnąć. Zresztą zakup zrobiony w zupełnie nie stylu Zaślubionego, zaś w pełni po mojemu, czyli decyzja w przeciągu 5 minut i bez planu czy przeanalizowania tematu. Ale od tego się zaczęło. Szukanie hostelu- znaleziony po przeglądzie miliona portali, forów, zdjęć. Wiem już, gdzie nie można chodzić, gdzie nie można pokazywać się z jakąkolwiek rzeczą droższą niż 0,50 Euro, gdzie nie ma zbyt ciekawego hostelu , wiem, że anglojęzyczni są tam rzadkością, ale dalej nie wiem w sumie, gdzie nocować warto. Zaryzykowaliśmy z Zaślubionym, wierząc w miarę sensownym fotografiom i opiniom.
Już wydawało mi się, że wyjazd będzie spontaniczny, kiedy nagle pojawiło się milion pytań: do czego się pakujemy, co ze sobą bierzemy, co zwiedzimy, jak się porozumiemy… Zaślubiony w wyrafinowany sposób (uczy się od mistrzów) wymógł na mnie przygotowanie rzeczy do wyjazdu na tydzień przed wylotem. No i teraz sobie tak leżą, a ja je podmieniam, zamieniam, sortuję, przeliczam i sprawdzam czy moja kupka ubrań nie jest większa od kupki Zaślubionego- moje postanowienie to minimalizm. Przez to stawiam na rzeczy cienkie i lekkie- wtedy kupka nie przybiera na objętości. Ale przez nią ciągle wydaje mi się, że powinnam jeszcze dokupić sukienkę, sandały- skąd ja o tej porze wezmę sandały??, z dwa topy i krótkie spodenki…. jak pakowałam się na ostatnią chwilę to i może lądowałam na drugim końcu świata bez piżamy albo kosmetyków, ale przynajmniej poprzedzający wyjazd tydzień był spokojny.
Do tego ilość spraw, które trzeba zamknąć przed wyjazdem przerasta chyba nawet odległość, jaką pokonujemy. W pracy staram się nie odczytywać przychodzących do mnie maili z nadzieją, że to spowoduje mniej pracy. Niestety są jeszcze telefony… Lekarzy odwiedzam, jak rodzinę na święta- nie pamiętam, kiedy byłam tak przebadana. Do tego dochodzi już lekkie podekscytowanie , bo w zeszłą noc zamiast spać na całym łóżku w poprzek z rozłożonymi rękami (Zaślubiony na delegacji) obudziłam się o jakiejś dziwacznej porze z kogutami i kurami i w nadmiarze czasu postanowiłam wrócić do mojego starego dobrego przyjaciela, który po raz kolejny okazał się wrogiem – depilator. Wprawdzie walkę wygrałam, ale w trakcie okazywałam słabość, a kot miał okazję poznać nowe przekleństwa (swoją drogą naprawdę nie wiem, skąd ja je znam).
No ale lecimy. Jeszcze trzy dni…

czwartek, 5 stycznia 2012

Smarkata

Mam katarzysko. Katarem to to przestało być jakieś kilka tygodni temu. Ocean szumi mi w zatokach, stos chusteczek niedługo mnie udusi, a savoir vivre przestał być dla mnie kluczowy- siąkam wszędzie. Siąkam nawet na spotkaniu z osobami, które dopiero poznaję, a z którymi mam współpracować i którzy mają mieć dla mnie już na wstępie respekt- mają, bo po moim tango z chusteczką, które wykonała to nawet ja przestałam patrzeć na siebie poważnie. Siąkam też w sklepie, przy szefie, podczas rozmów telefonicznych, a nawet podjęłam próbę pod prysznicem, ale nie wyszło- chusteczki higieniczne NIE SĄ wodoodporne! Ogólnie jestem jednym wielkim katarzyskiem. Podejrzewam, że nawet pachnę katarem, ale nie wiem tego na pewno, bo nie mam węchu. Ale to jeszcze byłoby do przeżycia, gdyby nie mój wygląd. Renifer Rudolf musi umierać z zazdrości o mój nos koloru dojrzałej truskawki, od oddychania ustami wargi przypominają bardzie papier ścierny niż ludzki organ, a pod nosem mam tak wysuszoną skórę, że wygląda, jakbym włożyła dziób w mleko i zapomniała go wytrzeć. Nie pamiętam, żebym w całym swoim życiu usłyszała tyle razy w jednym czasie zwrotu „Kiepsko wyglądasz”. Więc ogłaszam wszem i wobec- mam lustro!
Do tego dochodzi jeszcze coś, czego wcześniej nie miałam albo nie pamiętam- wydaję z siebie dość dziwaczne dźwięki. Starając się nabrać tchu raz na jakiś czas z mojego gardła wyrywa się dźwięk zarzynanej owcy. I te chusteczki, które wychodzą mi z każdej kieszeni, spod poduszki, na biurku, łóżku, w ręce, w aucie….zaczynam się obawiać, że zaraz sama będę jeszcze jedną wielką chusteczką- w myśl zasady „z kim się zadajesz, takim się stajesz”. Już spokojnie mogę pracować w Instytucie Testowania Chusteczek- żadna nie ma przede mną tajemnic.
Zaślubiony mężnie znosi moją przemianę w wielki katar, ale pierwsze symptomy niepokoju zaczynam zauważać. A słodkie słówka w stylu „ukochane zasmarkane” jakoś przestaje być nawet śmieszne. Bo zaczynam wierzyć, że do końca życia zostanę smarkata…

środa, 14 grudnia 2011

Jest ok

Dostałam urlop. Za miesiąc i dwa dni. Świetnie, szkoda tylko, że za miesiąc i dwa dni nie jest jutro.
Chociaż źle nie jest, bo Święta idą, a za oknem słonecznie, jakby szła Wielkanoc, minął mikołaj, po którym będę mieć traumę przez następne kilka lat, na ostatniej jodze zaliczyłam stanie na głowie, po którym czułam się wprost rewelacyjnie (mam pewne podejrzenia, że to od nadmiaru krwi w okolicach mózgu), udało mi się wreszcie spróbować sławetnej zumby (do teraz nie bardzo wiem co miała na myśli prowadząca mówiąc „szaka laka”, bo za każdym oznaczało to coś innego), za dwa tygodnie z hakiem będzie nowy rok (co oznacza, że nic się nie zmieni poza wiekiem, ale i tak za każdym razem cieszę się tak, jakby zmiana cyfry w roku oznaczała nowy początek wszystkiego) i chyba po półtorej roku mój storczyk (zwany Edwardem) wreszcie ponownie zakwitnie.
Ale nie jest też jakoś wybornie, bo katar, jaki mam od miesiąca, nie mija wcale, fajne są te wszystkie sporty, tylko jakoś najchudszy po nich to mam portfel (szczególnie w zimie, kiedy aktywność fizyczna na zewnątrz przestaje dla mnie istnieć), czas mi gdzieś znika (podejrzewam jakieś wredne zgredki, które jak nie kradną skarpet to kradną godziny), idą Święta to i posprzątać by wypadało, może i jest słońce, ale i tak zimno, więc bez swetra ani rusz, i jak na początku było to fajne, bo swetrów w lecie używam mało, tak już mam ich serdecznie po dziurki w nosie, w pracy jakoś zamiast mi ubywać przybywa, dostałam wstrętu do rozmów telefonicznych (przez ilość odbywanych w pracy) przez co coraz mniejszy kontakt mam ze znajomymi, a do tego mam wyrzuty sumienia, że tak mało czytam (przez co mam nieodparte wrażenie głupienia).
Czyli jest jednak ok., to w odpowiedzi na pytania dlaczego nie piszę. Nie mam żadnej choroby, z lenia to też nie wynika, nie wynika również z katastrofy ani epidemii. Może poza trzema tygodniami, jakie straciłam przez brak zęba, które obwiniam za wszystko. Ale się poprawię, a w nowym roku to już na mnie mocnych nie będzie. Z przerwą na urlop, jaki mam za miesiąc i dwa dni…

wtorek, 15 listopada 2011

Pięknie i kropka

Nastąpił czas na niemoc pisania. I bezczas. Dzisiaj minął. Razem z pierwszym dniem urlopu, po obejrzeniu pierwszej polskiej komedii romantycznej, która mnie nie zniesmaczyła, a w towarzystwie kosmicznego bólu zęba promieniującego do ucha i na gardło.
Z tym powrotem siły już nawet nie wiem o czym pisać. Może o tym, że Hanka M. umarła. Albo o tym, że Nigela jest na diecie i jest już jej pół. Lub o tym, że postanowiłam poeksperymentować w kuchni, nie mam tylko jeszcze pomysłu, kiedy znajdę na to czas.
Zamiast tego posmakuję trochę przyjacielsko- siostrzanej dumy i przedstawię kolejny projekt, który napawa mnie zachwytem. Nie, obiektywna nie będę na pewno, bo autorkę znam całe życie i za ogień wskoczę. Co więcej, próba jej talentu zajmuje główne miejsce w mojej i zaślubionego sypialni, zaraz po łóżku.
Nie ma zresztą co pisać, wystarczy pokazać. Panie, Panowie zapraszam na:

http://www.facebook.com/#!/pages/SYLWIA-BORONIEC-MY-FACE_S

A Ci, którzy podzielą moje zdanie proszę o klik „lubię to”. Mam nadzieję, że uda mi się dostrzec nowych fanów na tej stronie i będę miała małą satysfakcję w promocji piękna:)

wtorek, 18 października 2011

Relacja z pola walki

Postanowiłam zapuszczać włosy. Postanowienie trudniejsze niż wszelkie noworoczne. Progi zaczynają się już rano, kiedy wraz z otwarciem oczu odkrywam, że każdy kosmyk moich włosów sterczy sztywno w inna stronę. Założę się, że podłączona do prądu odbierałabym fale radiowe nawet stacji z Nigerii. Potem następuje etap walki- ja kontra one. Walka na wstępie nierówna, bo jestem w mniejszości. Ledwo uda mi się okiełznać lewą przednią stronę, a już prawa sterczy zwarta i gotowa, jak już prawą stronę uznaję za pokonaną okazuję się, że lewy tył postawił na suwerenność. Pomimo mojej katapulty- patrz woda, broni palnej- patrz suszarka, miecza świetlnego- patrz prostownica oraz innych militariów pomocniczych- patrz lakier, pianka, szczotka oraz guma do włosów, jakoś nigdy nie udało mi się wygrać nokautem „na Gołotę”. Zamiast tego klnę, grożę , postanawiam zawinąć włosy w chustę, ogolić się na łyso, aż potem jakimś cudem udaje mi się opanować ten chaos, przy założeniu, że pewnych sztywniaków na mojej głowie po prostu nie widzę.
Na spięcie ich w jakąś rozsądną fryzurę nie mam szans. Użycie samych spinek powoduje, że albo wyglądam jak Czesia Wiesia albo jakbym intelektualnie zatrzymała się w przedszkolu, zebranie w ogonek odpada, bo guma ciągle się ześlizguje, a sama jego wielkość przypomina bardziej szczurzą końcówkę niż cokolwiek innego. Nawet jeśli jakimś cudem nad Wisłą uda mi się pozbierać wszystko razem w sensowną całość to utrzymuje mi się góra godzinę, a potem znowu wracam na pole walki. Zdarza mi się wyciągać moją tajną artylerię w postaci totalnego olania sytuacji, ale ta broń traci na wartości wraz z pierwszym wzrokiem obcej osoby, mówiącym „co Ty masz na tej głowie”.
Sprawdzianem silnej woli jest przejście obok fryzjera…ale daję radę. Założyłam grupę wsparcia w postaci Zaślubionego. Kiedy już stoję nad umywalkę z nożyczkami w rękach zawsze mam do kogo zwrócić się z prośbą o powstrzymanie. Dlatego też na ten czas wyglądam jak strach na wróble wydziobany z wierzchu przez jakieś jastrzębie , ale perspektywa na lepsze gdzieś ćmi w oddali…
A tymczasem, na sam koniec opisu pola bitwy i relacji prawie na żywo, chciałabym pozdrowić Agatę i Elizę, przez które lub dzięki którym (niepotrzebne skreślić) ciągle mam motywację do pisania i czuję oddech na karku, kiedy za pisanie zebrać się nie mogę. No i teraz też się zabrałam za pisanie, więc już nie mam wyrzutów sumienia;)