Postanowiłam, za przykładem innych kobiet, zacząć uprawiać jakiś sport. Siłownia odpadła w przedbiegach, nawet nie musiała podnosić swoich czterech liter szanownych do startu- nudzi mnie za bardzo. Joga była mocno rozważana- już jej prawie medal zwycięstwa na kark zakładałam, ale jakoś ostatnimi czasy najbardziej potrzebuję niemyślenia, a podczas wyciszania lub tkwienia w asanie jakoś nie szło mi to niemyślenie najlepiej. Basen…niby wszystko dobrze, ale jakoś zawsze znajdę wymówkę, żeby na niego nie jechać- a to nieogolone nogi, a to za zimno, żeby potem z mokrymi włosami wyjść, a to oczy bolą, a tam chlor i tak w kółko. Byłam też na większej ilości tanecznych aerobików- niby nieźle, ale jakoś nie gra mi występowanie w roli potykacza, który w momencie, kiedy wszyscy skaczą w lewo skacze w prawo. Najpewniej po kilku razach zrozumiałabym czym jest krok o nazwie, której do końca wymienić nie umiem i po ruchach innych mam pewność, że zrozumienie niewiele da, bo z wykonaniem będę miała trudności przez jakieś dwa tysiące lat świetlnych, więc nie biorę tego personalnie, ale rezygnuję.
I tak pewnego dnia panieńskiego nadszedł czas, kiedy jak Romeo znalazł Julię a Trystian Izoldę znalazłam rodzaj wysiłku, z którym zaiskrzyło. Po godzinie wytężonej pracy mięśni nie jestem w stanie ruszyć małym palcem u nogi, ale warto. Pytanie „Po co?”, „Kto sobie robi to dobrowolnie?”, „Ja p…#$%%##$$, k...@#%$#@#, dlaczego?” oraz „ Czy to się kiedyś skończy?” zadaję sobie tylko podczas ćwiczeń, ale potem nie mam wątpliwości- trzeba się zapisać na znowu. Przed samą godziną zero próbuję wymyśleć jak najwięcej wymówek, ale w rezultacie i tak ląduje w sali i na 50 minut zapominam o wszystkim skupiając się tylko na tym, jak bardzo już nie mogę. A potem przez najbliższe dwa dni tak boli mnie większość partii ciała, więc i tu o jakimś większym skupieniu mowy nie ma.
Dlatego też potwierdzam- sport to zdrowie. Głównie psychiczny. Polecam!
wtorek, 31 maja 2011
niedziela, 15 maja 2011
Jak będę duża to będę strażakiem
Nadszedł dzień, kiedy wypadałoby wrócić…jako że wierzę w znaki, to znak dzisiaj był. Dwie osoby, z których zdaniem liczę się absolutnie, zapytały mnie, kiedy znowu napiszę. No to piszę. Wiosna przyszła, kolejne dzieci pojawiły się na świecie- witaj Mia, zdążyłam zwiedzić Pragę w jeden dzień- do dzisiaj pamiętam ból nóg, minęły święta, zrobiło się ciepło- w tygodniu, bo w weekend naturalnie leje, w naszym domowym asortymencie pojawiły się dwa nowe rowery, a ja im mniej mam czasu, tym bardziej staję się towarzyska.
Ale jedno się nie zmienia- kim chcę być, kiedy dorosnę. Bo nie wiem. Mam poważny problem z pytaniem „Kim jesteś z zawodu”. Socjolożką? Nie bardzo, poza wpisem na dyplomie niewiele łączy mnie z tą profesją. Kurą domową? Jeden rzut oka na moje okna i wszystko jasne- nie przez wielkie „N”. Mogłabym wymieniać tak bez końca, ale zbyt wiele sensu w tym nie ma. Dlatego wnoszę postulat- zamiast pytać czym się zajmujemy pytajmy czy zajmować byśmy się chcieli. Jestem bardziej niż pewna, że wtedy odpowiedzi byłyby znacznie ciekawsze! Mielibyśmy wtedy w swoim otoczeniu malarzy, aktorów, strażaków! Ja byłabym wziętą pisarką. I aktorką teatralną, tak wziętą, że nie musiałabym grać w serialach czy reklamach. Czasami projektowałabym ubrania, ale tylko dla gwiazd. I może trochę malarką i piosenkarką. I kucharką w ekskluzywnej restauracji, ale na pół etatu. No i eventowcem. A w między czasie instruktorką fitness. I we wszystkim byłabym, oczywiście, genialna.
Ale to potem, bo na razie muszę się wyspać.
Ale jedno się nie zmienia- kim chcę być, kiedy dorosnę. Bo nie wiem. Mam poważny problem z pytaniem „Kim jesteś z zawodu”. Socjolożką? Nie bardzo, poza wpisem na dyplomie niewiele łączy mnie z tą profesją. Kurą domową? Jeden rzut oka na moje okna i wszystko jasne- nie przez wielkie „N”. Mogłabym wymieniać tak bez końca, ale zbyt wiele sensu w tym nie ma. Dlatego wnoszę postulat- zamiast pytać czym się zajmujemy pytajmy czy zajmować byśmy się chcieli. Jestem bardziej niż pewna, że wtedy odpowiedzi byłyby znacznie ciekawsze! Mielibyśmy wtedy w swoim otoczeniu malarzy, aktorów, strażaków! Ja byłabym wziętą pisarką. I aktorką teatralną, tak wziętą, że nie musiałabym grać w serialach czy reklamach. Czasami projektowałabym ubrania, ale tylko dla gwiazd. I może trochę malarką i piosenkarką. I kucharką w ekskluzywnej restauracji, ale na pół etatu. No i eventowcem. A w między czasie instruktorką fitness. I we wszystkim byłabym, oczywiście, genialna.
Ale to potem, bo na razie muszę się wyspać.
czwartek, 17 marca 2011
Lęki windowe
Podobno każdy ma jakieś lęki. Z mądrej książki wyczytane. No więc aby być każdym a nie nikim ja też mam lęki. Przed wężami. Nie do pokonania, nie do zapomnienia, ogólnie do niczego. O wężach się ze mną nie pogada i myślę tę zakończyć muszę, bo inaczej ciarki z pleców nie zejdą mi do przyszłej zimy.
Ale boję się też windy i o niej dziś słów kilka. Wind raczej unikam, korzystam z nich w ściśle określonych miejscach. Jako że zawsze przewiduję w nich jakąś katastrofę- zerwanie się lin, awaria, podczas której w pomieszczeniu zabraknie tlenu, jakiś psychopata zatrzymuje jazdę pomiędzy piętrami i wbija mi nóż w serce (zdecydowanie muszę przestać oglądać z zaślubionym horrory), staram się jakoś odwrócić swoją uwagę od scen w mojej głowie. Najlepiej działa obserwacja współtowarzyszy podróży. Zdarzają się przypadkowi. Wtedy mogę jedynie przyglądnąć się zachowaniu- nerwowe zerkanie na zegarek, przymykanie oczu, pisanie smsa, stukanie w ścianę. Są jednak i przypadki regularnych towarzyszy windowych. To grupa osób spotykających się z określoną częstotliwością przed drzwiami windy o tej samej porze. Z reguły w miejscu pracy. Ja taki przypadek obserwuję każdego dnia roboczego. Zresztą mimowolnie stałam się sama członkiem takiej grupy. Zaczyna się od obserwacji, kiedy obiekt zostaje przeskanowany tygodniową obserwacją, następnie przechodzi się o krok dalej mrucząc nieznaczące powitanie przy wsiadaniu i pożegnanie na wyjściu. Potem czas na lekki półuśmiech, rozpoznawanie poza windą aż wreszcie między kilkoma piętrami zaczynają się rozmowy. Zdarzają się opowieści z mchu i paproci, ale możliwe jest też poznanie historii życia, a jeśli planujemy długotrwałe podróże windowe o systematycznych porach to szansa jest poznać opowieści rodzinne wstecz do pra pra babki.
Ja jestem na etapie poznawania imienia i zachowań psa Pani Krysi oraz obserwacji flirtu, który, jak na mój gust, za dwa miesiące windowych wycieczek, skończy się randką. Więc trzymamy kciuki za Tomka, żeby wreszcie gdzieś przed trzecim piętrem, na którym wysiada Magda, zaprosił ją na spacer!
Ale boję się też windy i o niej dziś słów kilka. Wind raczej unikam, korzystam z nich w ściśle określonych miejscach. Jako że zawsze przewiduję w nich jakąś katastrofę- zerwanie się lin, awaria, podczas której w pomieszczeniu zabraknie tlenu, jakiś psychopata zatrzymuje jazdę pomiędzy piętrami i wbija mi nóż w serce (zdecydowanie muszę przestać oglądać z zaślubionym horrory), staram się jakoś odwrócić swoją uwagę od scen w mojej głowie. Najlepiej działa obserwacja współtowarzyszy podróży. Zdarzają się przypadkowi. Wtedy mogę jedynie przyglądnąć się zachowaniu- nerwowe zerkanie na zegarek, przymykanie oczu, pisanie smsa, stukanie w ścianę. Są jednak i przypadki regularnych towarzyszy windowych. To grupa osób spotykających się z określoną częstotliwością przed drzwiami windy o tej samej porze. Z reguły w miejscu pracy. Ja taki przypadek obserwuję każdego dnia roboczego. Zresztą mimowolnie stałam się sama członkiem takiej grupy. Zaczyna się od obserwacji, kiedy obiekt zostaje przeskanowany tygodniową obserwacją, następnie przechodzi się o krok dalej mrucząc nieznaczące powitanie przy wsiadaniu i pożegnanie na wyjściu. Potem czas na lekki półuśmiech, rozpoznawanie poza windą aż wreszcie między kilkoma piętrami zaczynają się rozmowy. Zdarzają się opowieści z mchu i paproci, ale możliwe jest też poznanie historii życia, a jeśli planujemy długotrwałe podróże windowe o systematycznych porach to szansa jest poznać opowieści rodzinne wstecz do pra pra babki.
Ja jestem na etapie poznawania imienia i zachowań psa Pani Krysi oraz obserwacji flirtu, który, jak na mój gust, za dwa miesiące windowych wycieczek, skończy się randką. Więc trzymamy kciuki za Tomka, żeby wreszcie gdzieś przed trzecim piętrem, na którym wysiada Magda, zaprosił ją na spacer!
niedziela, 6 marca 2011
Tak właściwie to o niczym...
Natchniona uwagą męża, że dawno nic nie pisałam oraz poczuciem, że aby blog chociaż dyszał, bo życiem to chyba ciężko nazwać, trzeba czasami coś opublikować, postanowiłam zebrać się w sobie i coś stworzyć. Tylko o czym? O dzieciach i szafie już było, o chorowaniu i wypoczywaniu też…więc właściwie zostaje mi iść na żywioł. Mogłabym skupić się na ostatkowym wieczorze, który był wyjątkowy i tym bardziej udany, że w wymarzonym składzie, ale dzisiejszy ból głowy mógłby wkraść się w ten post i popsuć wszystko. Już wystarczy, że opiera się na moim karku i sobie macha nogami. Mogłabym opisać życie korporacji, które obserwuję od jakiegoś czasu, ale ponieważ czeka mnie teraz 40 dni życia bez możliwości spania dłużej niż do 8 , mogłabym być niesprawiedliwa, bo w sumie ta korporacja póki co daje mi więcej plusów niż minusów. Mogłabym też porozważać na temat nadchodzącej wiosny i słońca, ale pomimo plusowych temperatur w dzień wczoraj w okolicach trzeciej nad ranem zaczął na głowę padać mi śnieg, po którym, na szczęście nie było rano śladu. Mogłabym nawet podejrzewać, że ten śnieg to wymysł mojej wyobraźni, ale mam świadków. I tak dochodzę do wniosku, że może lepiej nie napiszę nic. Prawie nic…
sobota, 19 lutego 2011
Luksus odpoczynku
Człowiek jednak odpoczywać musi. Przez ostatnie trzy tygodnie przekonałam się, że chwila oddechu jest potrzebna. I że poranne niewstawanie, kokoszenie się w pościeli, leniwe włóczenie się po domu w piżamie, przespanie śniadaniowej telewizji, która zazwyczaj zaczyna się w porze, kiedy jest się już w drodze do pracy i zupełne olewanie czasu to epicentrum relaksu. Do tego praca bez dnia wolnego traci zupełnie na uroku. Zresztą nie wiem jak to jest, ale niezależnie, jak dobrze jest w pracy, zyskuje ona na uroku w wolny weekend i w godzinach wieczornych. Przynajmniej u mnie. Dlatego też po roboczych godzinach chętnie opowiem o tym, jak fajnie się pracowało, chętnie też pójdę na koncert, który, dzięki temu, że pracuję tam a nie gdzie indziej, mam gratis, ale zapytana rano o jakiekolwiek plusy tego zawodu na pewno nie odpowiem nic lub też używać będę słów niecenzuralnych.
Bo ja ogólnie rano wstawać nie potrafię w dobrym humorze. Mogę nie spać do wschodu słońca, mogę nie spać przez długi czas, ale kiedy rano muszę wstać po budziku w telefonie a nie po budziku biologicznym to niestety Miss Uprzejmości nie zostanę. I daleko mi nawet do szarfy osiemdziesiątej Vice. Wprawdzie opanowałam już makijaż, który sprawia, że moje oczy przynajmniej wydają się otwarte i opanowałam sztukę ujarzmiania włosów, które po wstaniu sterczą jak anteny radiowe, ale to i tak nie sprawia, że staję się bardziej rozmowna. Zły humor mija mi gdzieś na godzinę po obudzeniu, dlatego praktykuję wcześniejsze nastawianie budzika, ale to, z kolei, kończy się na kilkunastu drzemkach. Ku wątpliwej uciesze poślubionego, który sam dźwięk mojego budzika zdążył już chyba śmiertelnie znienawidzić.
Dlatego też wracam do swojego kieliszka wina, telewizora i świadomości, że jutro rano nic nie muszę. Będę leniuchować w najbardziej ekskluzywnej postaci. Całą niedzielę. A w poniedziałek…lepiej porozmawiać ze mną w okolicy południa.
Bo ja ogólnie rano wstawać nie potrafię w dobrym humorze. Mogę nie spać do wschodu słońca, mogę nie spać przez długi czas, ale kiedy rano muszę wstać po budziku w telefonie a nie po budziku biologicznym to niestety Miss Uprzejmości nie zostanę. I daleko mi nawet do szarfy osiemdziesiątej Vice. Wprawdzie opanowałam już makijaż, który sprawia, że moje oczy przynajmniej wydają się otwarte i opanowałam sztukę ujarzmiania włosów, które po wstaniu sterczą jak anteny radiowe, ale to i tak nie sprawia, że staję się bardziej rozmowna. Zły humor mija mi gdzieś na godzinę po obudzeniu, dlatego praktykuję wcześniejsze nastawianie budzika, ale to, z kolei, kończy się na kilkunastu drzemkach. Ku wątpliwej uciesze poślubionego, który sam dźwięk mojego budzika zdążył już chyba śmiertelnie znienawidzić.
Dlatego też wracam do swojego kieliszka wina, telewizora i świadomości, że jutro rano nic nie muszę. Będę leniuchować w najbardziej ekskluzywnej postaci. Całą niedzielę. A w poniedziałek…lepiej porozmawiać ze mną w okolicy południa.
piątek, 28 stycznia 2011
Bo chorować, miła Pani, trzeba umieć
Po tygodniu bycia chorą, wypluwania płuc, rozrzucania chusteczek, walki z bólem głowy i zaopatrywania się w lekarstwa jak godziwa polska emerytka w podeszłym wieku, wiem jedno- nie umiem chorować. Nie potrafię położyć się do łóżka, spać naprzemiennie z patrzeniem w sufit. Nie potrafię nie chodzić po domu, nie potrafię nie czytać, nie zmienić piżamy chociażby w dres, iść w odpowiednim czasie do lekarza i przyznać się- tak, czas na chorobę. Zamiast tego przez kilka dni udawałam, że kaszel to nie kaszel, a katar to nie katar. Szło nieźle, ale przegrałam. Wreszcie musiałam przyznać, że nie mam siły nawet zrobić sobie herbaty. Skończyło się na tym, że zamiast leku na przeziębienie faszeruję się milionem osłon przed dwoma milionami antybiotyków. Nie zmienia to jednak faktu, że leżenie plackiem w łóżku mi nie wychodzi. Próba pierwsza- poleżę i poczytam. Staram się więc posklecać literki w słowa, słowa w zdania, a zdania w logiczną całość. Nagle jednak okazuje się, że nie da rady. Wstaję. Próba druga- poleżę i pomyślę. Po przemyśleniu planów na następny tydzień, po rozważaniach nad sensem życia, które nagle przestaje mieć sens odkrywam, że to myślenie w chorobie jakoś kupy mi się nie trzyma. Wstaję. Próba trzecia- poleżę i pooglądam telewizor. Ale telewizora w sypialni nie mamy, więc trzeba iść do drugiego pokoju. Wstaję. Próba czwarta- poleżę i nie wiem co…leżeć już mi się nie chce, siedząc chce mi się leżeć, boli mnie wszystko w każdej pozycji, najlepiej, jakbym wisiała. Zazdroszczę tym, którzy chorując potrafią naprawdę się zregenerować- wypocą zarazki, snem zabiją próby leżenia. Zazdroszczę też tym, którzy chorując potrafią nadrobić zaległości literackie- wtedy przynajmniej po przeziębieniu nie opowiadają co zażywali czy też ile mieli stopni gorączki, a opowiedzieć mogą o lekturze, swoich przemyśleniach z nią związaną itp. Myślałam, że jak będę chora znośnie to właśnie nadrobię zaległości w pozycjach czytelniczych, a jak będę chora bardzo to zapadnę w sen. A tu bambus- ani jedno albo drugie. Więc albo choruję pośrednio (skoro tak to chorowanie bardzo wykracza poza moją wyobraźnie) albo chorować nie umiem. Stawiam na to drugie. I na Tolka Banana.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Kilka słów prawdy
Czas prawdzie spojrzeć w oczy- moja szafa pęka w szwach. A ja i tak co rano nie mam co na siebie włożyć. Mniej więcej raz na miesiąc obiecuję sobie zrobić remanent szafy, wyrzucić połowę z tego, co zalega. Za radą zbiorowej myśli postanawiam zawsze pozbyć się tych ubrań, których nie miałam na sobie przez ostatni rok. Znajdą się i takie, których nie miałam na sobie nigdy. Więc raz na jakiś czas za myślą idą czyny i biorę się za ciuchową inwentaryzację. Trwa ona zazwyczaj około godziny podczas której na łóżku lądują bluzki, bluzeczki, sukienki, spodnie i inne. Potem następuje przegląd, dokładne oszacowanie czasu ostatniego noszenia, rozpoznanie stanu technicznego, dopasowania do aktualnego stylu w modzie i moim guście, po czym…niezależnie od wyniku wraca do mojej szafy. Nie potrafię pozbywać się ubrań. Nie wiem na czym to polega, ale jestem mistrzynią wymyślania powodów, dla których te rzeczy powinny zostać na stanie. W rezultacie więc pojemność szafy się nie zmienia, a mnie pozostaje próba wytłumaczenia mężowi, dlaczego co rano stoję przez milionem rzeczy i nie mam pomysłu…
Innym problemem jest to, że jestem mocno przesądna oraz wierząca w działanie talizmanów. Nie otaczam się króliczymi łapkami, czosnkiem czy wisiorkami, ale wierzę w rzeczy, które przynoszą nam szczęście. Potrafię więc cofnąć się o trzy kroki, kiedy czarny kot przebiegnie mi drogę, wypuścić wszystko z rąk, by łapać spadające lustro czy też, niezależnie od tego, jak bardzo się spieszę, usiąść na rogu łóżka i odliczyć do 10- ciu, kiedy wrócę się po coś do domu. To samo tyczy się ubrań. Często nie potrafię przypomnieć sobie gdzie kupiłam ten sweter, ale pamiętam, że miałam go na sobie, kiedy wygrałam bilet do kina. Co oznacza, że przynosi mi szczęście. Co oznacza, że należy mu się szacunek. Co oznacza, że mimo nienoszenia, należy mu się godziwe miejsce w szafie. No i sru i pstryk i znowu sobie leży do następnej rewizji, której skutek jest dokładnie taki sam, jak tej ostatniej. Więc nie zostaje mi nic innego, jak mężna decyzja- muszę z tym żyć. Może kiedyś, jakoś, gdzieś znajdę sposób na samą siebie. Póki co zbliża się czas kolejnego przeglądu.
Innym problemem jest to, że jestem mocno przesądna oraz wierząca w działanie talizmanów. Nie otaczam się króliczymi łapkami, czosnkiem czy wisiorkami, ale wierzę w rzeczy, które przynoszą nam szczęście. Potrafię więc cofnąć się o trzy kroki, kiedy czarny kot przebiegnie mi drogę, wypuścić wszystko z rąk, by łapać spadające lustro czy też, niezależnie od tego, jak bardzo się spieszę, usiąść na rogu łóżka i odliczyć do 10- ciu, kiedy wrócę się po coś do domu. To samo tyczy się ubrań. Często nie potrafię przypomnieć sobie gdzie kupiłam ten sweter, ale pamiętam, że miałam go na sobie, kiedy wygrałam bilet do kina. Co oznacza, że przynosi mi szczęście. Co oznacza, że należy mu się szacunek. Co oznacza, że mimo nienoszenia, należy mu się godziwe miejsce w szafie. No i sru i pstryk i znowu sobie leży do następnej rewizji, której skutek jest dokładnie taki sam, jak tej ostatniej. Więc nie zostaje mi nic innego, jak mężna decyzja- muszę z tym żyć. Może kiedyś, jakoś, gdzieś znajdę sposób na samą siebie. Póki co zbliża się czas kolejnego przeglądu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)