piątek, 15 marca 2013

telefoniada



Nie wiem co jest z tymi telefonami. Będąc w stanie „odmiennym” (teraz ciężko nazwać go „błogosławionym”) nabrałam jeszcze większej niechęci do tego urządzenia. Moim ulubionym zajęciem jest wyłączenie głosu i nie zauważanie migającego ekranu. Ale kiedy go już włączę staram się nadrobić to, co mnie przez to wyłączenie ominęło. Co, swoją drogą, nie jest teraz takie proste, bo zaburzenie pory noc-dzień powoduje, że najłatwiej byłoby mi oddzwonić między 2 a 4 w nocy.
Więc nadchodzi moment, kiedy odpisuję, oddzwaniam, odczytuję i przeglądam. Potem z uczuciem spełnionego zadania (bo naprawdę chodzi o telefon, a nie osoby) stwierdzam, że może warto jednak „być na bieżąco”.  I dochodzi do sytuacji, która dziwi mnie najbardziej – zasypiam, budzi mnie znany dzwonek, odbieram zachrypniętym głosem i na pytanie „spałaś?” zawsze, ale to zawsze odpowiadam „nie, skąd!”. Kompletnie nie wiem dlaczego…co jest takiego złego w spaniu?! I wiem, że ten dziwaczny stan zaprzeczenia nie dotyczy tylko mnie. Może to przez promieniowanie, o jakim trąbią? Że niby telefon szkodzi, powoduje bezpłodność (serio?!, coś mocno obalam ten mit), rozpoczyna raka itp. 
Nie mam odpowiedzi na to pytanie, ale dużo czasu, żeby się nad tym zastanowić…to pomyślę. A wcześniej wyciszę telefon.

wtorek, 26 lutego 2013

O przerwie i co podczas niej



No  i znowu przerwa zaliczona… ta chyba potrzebna była na ogarnięcie zmian. A ich coraz więcej i końca nie widać. Obwód pasa rośnie wraz z obwodem zmian. Podwójnie.
Czekam zatem cierpliwie na przełom, który przybędzie w dwóch postaciach. Chociaż już teraz owe postaci dają znać kto tu rządzi. Spanie? Nie ma problemu, ale tylko w wyznaczonych porach i bynajmniej nie jest to rytm dzień – noc. A jeśli następuję próba spania „po mojemu” – cios w pęcherz, cios w żebro, kręgosłup wbity prawie w materac i dziękuję za sen i posłusznie czekam na zezwolenie.
Chociaż i tak jest lepiej niż zapowiadano. Złote rady i przewidywania w temacie „ pod koniec już będziesz tylko leżeć”, „z bliźniakami to często ląduje się w szpitalu na obserwacji”, „ teraz to zobaczysz, czym są huśtawki hormonalne” zdały się na nic. Natomiast strzałem w samo serce okazały się:
1.        „ w ciąży rozkojarzenie sięga zenitu”
2.       „zobaczysz co to syndrom wicia gniazda”
3.       „ teraz często sikasz? Poczekaj na ciążę!”
4.       „ciesz się pierwszymi ruchami, bo potem to już nie jest tak pięknie”
Ad 1.
Moje rozkojarzenie wyszło z siebie i stanęło obok, bo samo nie wierzy w swoje rozmiary. Mylenie pinów, szukanie kluczyków, używanie podczas jednego prania proszku i płynu do prania, bo płyn wydawał się być zmiękczającym… norma. Przynajmniej mamy pranie NAPRAWDĘ wyprane, tak podwójnie… generalnie zapisuję wszystko co mam zrobić, tylko zapominam zerknąć do zapisków.
Ad 2.
Wicie gniazda? Jeśli pod tym kryje się codzienne pranie, potem prasowanie, układanie, liczenie, sprawdzanie, czyszczenie, składanie, rozkładanie i ponowne składanie, wkładanie do półek w określonej kolejności, przecieranie, przeglądanie, odkurzanie – to ja to mam. I nic nie poradzę. Nie można mi podnosić i się schylać? Może i nie można, ale trzeba. Albo rybka albo akwarium? Jja wybieram rybkę w akwarium.
Ad 3.
Nie no, jest super. Nerki na pewno mam oczyszczone do granic możliwości. I nie ma co narzekać, nocne spacery do łazienki to przecież marzenie. Zawsze można przy okazji sprawdzić godzinę, pogłaskać kota, przemyśleć sen… tylko jeszcze trzeba wstać. Ale kto by nie chciał obracać się w kółko, podpierać ściany, łóżka, kota, tylko po to, żeby wstać? Idylla.
Ad 4.
Ten, kto nazwał to ruchami był na pewno mężczyzną. Inaczej nie wytłumaczę jak można było ciosy karate nazwać ruchami. Jeden ruch nóżką i żebro prawie w gardle, wypięcie rączki i „dziękuję, Pani teraz sobie nie oddycha”. Chociaż, chyba lepiej tak, niż nic, bo wtedy wyobraźnia potrafi więcej niż karate.
Ale ogółem czas marzenie. Bo kto nie chciałby posiedzieć w domu, poczytać i czekać na najważniejszych gości w Twoim życiu? Ja tam chcę.

piątek, 2 listopada 2012

Coraz bliżej...czyli krótko o łzawym czasie



Może to przez ten śnieg, który pomieszał wszystkie moje zmysły i stworzył błędne przekonanie, że idą Święta ( nie przeraziły mnie nawet czekoladowe mikołaje na sklepowych półkach, bo przez pogodę wydawały mi się one czasowo bardzo adekwatne), może to przez czas wolny, którego mam teraz więcej niż plotek na Pudelku, a może właśnie tak mam, ale zrobiłam się płaczliwa. Staram się ukryć to przed Zaślubionym, bo sama się nie do końca rozumiem, więc nie będę umiała odpowiedzieć na pierwsze i podstawowe „dlaczego”. Bo dlaczego płaczę oglądając reklamę papieru toaletowego (!!!), którą widziałam już setki razy, ale dochodzi do mnie, że główna bohaterka (patrz mrówka !!!!) ulega wypadkowi zagrażającemu życie? W chwili oglądania łzy same pojawiają się w oczach, a potem chwila refleksji… płaczę nad animowaną mrówką skaczącą na papier… Potem płaczę cały prawie dzień nad historią ledwo poznanej w Internecie (!!!) dziewczyny, która dotknęła mnie jak młotek dotyka gwoździa.  Do tego dochodzą momenty prawdziwej kategorii – okazuje się, że pewna część garderoby wchodzi mi teraz gładko, ale tylko w ręce, bo nigdzie indziej jej wcisnąć nie mogę. I tak sobie płaczę, tracąc codziennie wodę, a tu przecież wszędzie huczą, że trzeba ją oszczędzać. A jak o tym myślę to znowu płakać mi się chce. Więc pozostaje mi tylko czekać na reklamę Coca – Coli i wszystko tłumaczyć sentymentalnym świątecznym czasem, który co roku trwa coraz dłużej. Podejrzewam, że za kilka lat mikołaje z czekolady będą całoroczne.
Dodam tylko (trochę na usprawiedliwienie, a trochę ,żeby nie wyjść na najsmutniejszego człowieka świata), że podobne napady miewam również ze śmiechem, ale wtedy nie diagnozuje u siebie stanów lękowych… może po prostu powinnam przestać czytać o chorobach psychicznych?
No więc Panie i Panowie – coraz bliżej święta…

piątek, 19 października 2012

Jest super, jest super, więc...



Trudno jest pisać, kiedy  w krwi spada wszystko, co spaść może, a wszystkie metody podwyższenia tego, co niskie, wywołuje system zwrotny. Ale podobno co nas nie zabije, to nas wzmocni, a ja żyję, więc uwaga – drogą kalkulacji wywnioskowałam, że rosnę w siłę.
Póki co widzę tylko, że rosnę… Byłoby lepiej, gdyby nie mój zawodowy wstręt do zakupów. Każda próba nabycia rzeczy spełniających trzy podstawowe warunki: 1. z miękkiego materiału, 2. za tyłek, 3. szerszy krój z dołu, kończy się przejściem po wybranym sklepie, zebranie naręcza rzeczy i kupna pierwszej przymierzonej, która choć minimalnie spełnia kryteria. Więc zakupami średnio się pocieszę. Uprawianie sportów? A i owszem. Na sportowych kanałach – oni ćwiczą, a ja oglądam te ćwiczenia z bułką w ręce (koniecznie z serem). I w sumie nie wiem, gdzie ta bułka ginie, bo od ilości już zjedzonego pieczywa powinnam już wyglądać jak kajzerka…
No i pożegnałam swoje dziecko w postaci auta. Odjechało z obcymi ludźmi na pokładzie i nawet łzy nie uroniło…a tyle nas łączyło! Więc ja, nabuzowana huśtawką hormonów większą niż na osiedlowych placach zabaw, popłakałam za nas dwoje.
Potem kolejne plany legły w gruzach. Zaplanowany urlop nad morzem, w sprawdzonym miejscu i z postanowieniem wdychania jodu na spacerach po plaży poleciały szybciej niż mój termometr podczas halnego. Nie mogę ruszać się dalej niż jakieś 100 km od domu. No więc szukamy teraz czegoś w okolicy, co doprowadziło do sytuacji dość absurdalnej, kiedy to jedziemy w weekend sprawdzić czy dane miejsce spełnia kryteria i czy chcemy w nim spędzić wakacje. Taaa…
Ale mimo to jest dobrze. A nawet super. Taaa…

sobota, 22 września 2012

Nowe wiadomości



Ostatnio jakoś nie po drodze było do komputera. Wybrałam nagle klasyczny styl pisania- długopisem na papier. Ale dzisiaj, ciągnięta ciekawością i pierwszym, od nie pamiętam kiedy wieczorem, gdzie wytrzymałam prawie do północy, włączyłam machinę i ruszyła lawina przeglądań. Zaległe wiadomości, blogi, informacje, strony zapisane w pamięci telefonu w kategorii „do przejrzenia”, wreszcie uderzona młotem „a może…” pisać zaczęłam.
Ale ten czas, kiedy laptop łapał kurz (cyklicznie wycierany i jeszcze cyklicznej powracający) nie można uznać za niewykorzystany. Okres pełen zmian podczas których, w oczekiwaniu na Armagedon lub na rajskie doznania (jak kto woli), dowiedziałam się, że: w kinie w tygodniu w godzinach wczesno południowych można być samemu, ale film i tak puszczą, można sprzątać cały ranek, a roztocza i tak wrócą zanim zdążę się obrócić, kurz bardziej widać w ciągu dnia (stąd te odkrycia dopiero teraz- do tej pory, wracając z pracy było już po „momencie krytycznym”, czyli takim kiedy słońce pada dokładnie na wszystkie meble), niektóre z polecanych książek są naprawdę płytkie jak brodzik prysznica, pralka po 5 latach użytkowania może sobie po prostu wybuchnąć, pożerając pranie i nawet po doszczętnym rozkręceniu jej przez lubego, pranie musi być odzyskane w warsztacie pracy, przez co Twoją bieliznę ma zaszczyt oglądać spora ilość mężczyzn,  choćby nie wiem ile się ćwiczyło, nadchodzą takie momenty, że wejście na trzecie piętro kończy się zadyszką godną 100-latki, w dresie po całym dniu włóczęgi po domu ładnie może wyglądać tylko wspomnienie Ciebie, w telewizji śniadaniowej dowiedzieć się można wiele ciekawych rzeczy – kim chciała być Miss Czegośtam, kiedy była mała, jak rozsmarowywać podkład, jaka pogoda będzie w Rzeszowie, jak czyścić szkatułki (której za żadne skarby nie chciałabym mieć w swoim mieszkaniu) lub co pasuje blondynkom. Z dodatkowych najnowszych odkryć : jest możliwe, że niezależnie ile zjesz i tak chudniesz, można okrutnie tęsknić za rowerem, każde wyjście z domu, chociażby po chleb, może być świętem i nagle zastanawiasz się czy może nie byłoby dobrze pomalować się, ułożyć włosy i jakoś wymazać z siebie stały ślad dresowych prążków, na pytanie „co u Ciebie” jedyne, co możesz odpowiedzieć to streszczenie seriali, które dzięki całodziennym powtórkom znasz na prawie na pamięć, wsmarowując w siebie krem antycellulitowy można nabawić się sporych siniaków, a największy smutek, który doprowadza Cię do łez można zagłuszyć Zozolem, o ile tylko masz na nie ochotę.
Tak więc czasu za stracony nie uważam. Ale wracam do życia, odzyskuję siły witalne, już nawet mam energię, żeby zmieniać dresy – zdecydowanie wraca ku dobremu. A że jutro sobota mam nadzieje, że A. będzie miała co czytać przy kawie :).