Nastąpił czas na niemoc pisania. I bezczas. Dzisiaj minął. Razem z pierwszym dniem urlopu, po obejrzeniu pierwszej polskiej komedii romantycznej, która mnie nie zniesmaczyła, a w towarzystwie kosmicznego bólu zęba promieniującego do ucha i na gardło.
Z tym powrotem siły już nawet nie wiem o czym pisać. Może o tym, że Hanka M. umarła. Albo o tym, że Nigela jest na diecie i jest już jej pół. Lub o tym, że postanowiłam poeksperymentować w kuchni, nie mam tylko jeszcze pomysłu, kiedy znajdę na to czas.
Zamiast tego posmakuję trochę przyjacielsko- siostrzanej dumy i przedstawię kolejny projekt, który napawa mnie zachwytem. Nie, obiektywna nie będę na pewno, bo autorkę znam całe życie i za ogień wskoczę. Co więcej, próba jej talentu zajmuje główne miejsce w mojej i zaślubionego sypialni, zaraz po łóżku.
Nie ma zresztą co pisać, wystarczy pokazać. Panie, Panowie zapraszam na:
http://www.facebook.com/#!/pages/SYLWIA-BORONIEC-MY-FACE_S
A Ci, którzy podzielą moje zdanie proszę o klik „lubię to”. Mam nadzieję, że uda mi się dostrzec nowych fanów na tej stronie i będę miała małą satysfakcję w promocji piękna:)
wtorek, 15 listopada 2011
wtorek, 18 października 2011
Relacja z pola walki
Postanowiłam zapuszczać włosy. Postanowienie trudniejsze niż wszelkie noworoczne. Progi zaczynają się już rano, kiedy wraz z otwarciem oczu odkrywam, że każdy kosmyk moich włosów sterczy sztywno w inna stronę. Założę się, że podłączona do prądu odbierałabym fale radiowe nawet stacji z Nigerii. Potem następuje etap walki- ja kontra one. Walka na wstępie nierówna, bo jestem w mniejszości. Ledwo uda mi się okiełznać lewą przednią stronę, a już prawa sterczy zwarta i gotowa, jak już prawą stronę uznaję za pokonaną okazuję się, że lewy tył postawił na suwerenność. Pomimo mojej katapulty- patrz woda, broni palnej- patrz suszarka, miecza świetlnego- patrz prostownica oraz innych militariów pomocniczych- patrz lakier, pianka, szczotka oraz guma do włosów, jakoś nigdy nie udało mi się wygrać nokautem „na Gołotę”. Zamiast tego klnę, grożę , postanawiam zawinąć włosy w chustę, ogolić się na łyso, aż potem jakimś cudem udaje mi się opanować ten chaos, przy założeniu, że pewnych sztywniaków na mojej głowie po prostu nie widzę.
Na spięcie ich w jakąś rozsądną fryzurę nie mam szans. Użycie samych spinek powoduje, że albo wyglądam jak Czesia Wiesia albo jakbym intelektualnie zatrzymała się w przedszkolu, zebranie w ogonek odpada, bo guma ciągle się ześlizguje, a sama jego wielkość przypomina bardziej szczurzą końcówkę niż cokolwiek innego. Nawet jeśli jakimś cudem nad Wisłą uda mi się pozbierać wszystko razem w sensowną całość to utrzymuje mi się góra godzinę, a potem znowu wracam na pole walki. Zdarza mi się wyciągać moją tajną artylerię w postaci totalnego olania sytuacji, ale ta broń traci na wartości wraz z pierwszym wzrokiem obcej osoby, mówiącym „co Ty masz na tej głowie”.
Sprawdzianem silnej woli jest przejście obok fryzjera…ale daję radę. Założyłam grupę wsparcia w postaci Zaślubionego. Kiedy już stoję nad umywalkę z nożyczkami w rękach zawsze mam do kogo zwrócić się z prośbą o powstrzymanie. Dlatego też na ten czas wyglądam jak strach na wróble wydziobany z wierzchu przez jakieś jastrzębie , ale perspektywa na lepsze gdzieś ćmi w oddali…
A tymczasem, na sam koniec opisu pola bitwy i relacji prawie na żywo, chciałabym pozdrowić Agatę i Elizę, przez które lub dzięki którym (niepotrzebne skreślić) ciągle mam motywację do pisania i czuję oddech na karku, kiedy za pisanie zebrać się nie mogę. No i teraz też się zabrałam za pisanie, więc już nie mam wyrzutów sumienia;)
Na spięcie ich w jakąś rozsądną fryzurę nie mam szans. Użycie samych spinek powoduje, że albo wyglądam jak Czesia Wiesia albo jakbym intelektualnie zatrzymała się w przedszkolu, zebranie w ogonek odpada, bo guma ciągle się ześlizguje, a sama jego wielkość przypomina bardziej szczurzą końcówkę niż cokolwiek innego. Nawet jeśli jakimś cudem nad Wisłą uda mi się pozbierać wszystko razem w sensowną całość to utrzymuje mi się góra godzinę, a potem znowu wracam na pole walki. Zdarza mi się wyciągać moją tajną artylerię w postaci totalnego olania sytuacji, ale ta broń traci na wartości wraz z pierwszym wzrokiem obcej osoby, mówiącym „co Ty masz na tej głowie”.
Sprawdzianem silnej woli jest przejście obok fryzjera…ale daję radę. Założyłam grupę wsparcia w postaci Zaślubionego. Kiedy już stoję nad umywalkę z nożyczkami w rękach zawsze mam do kogo zwrócić się z prośbą o powstrzymanie. Dlatego też na ten czas wyglądam jak strach na wróble wydziobany z wierzchu przez jakieś jastrzębie , ale perspektywa na lepsze gdzieś ćmi w oddali…
A tymczasem, na sam koniec opisu pola bitwy i relacji prawie na żywo, chciałabym pozdrowić Agatę i Elizę, przez które lub dzięki którym (niepotrzebne skreślić) ciągle mam motywację do pisania i czuję oddech na karku, kiedy za pisanie zebrać się nie mogę. No i teraz też się zabrałam za pisanie, więc już nie mam wyrzutów sumienia;)
środa, 28 września 2011
Stany w dół
Jest taki stan, który dopada mnie permanentnie i odbiera całkowicie kolory świata. Stan, który dopada mnie regularnie z mocą bomby atomowej (nie żebym wiedziała jaką moc ma bomba atomowa, ale na Discovery mówili, że niewyobrażalną). Stan, który sprawia, że nawet najmniejsza rzecz doprowadza mnie do furii. Stan, który dopada niezapowiedzianie i potrafi trzymać tygodniami. Stan, który mi doskwiera, a mojego zaślubionego bawi do łez. Stan pomijany przez psychologów i innych lekarzy. Rozmawiałam o nim z wszystkimi bliskimi mi kobietami- to stan atakujący większą część społeczeństwa. Stan, który wytrąca z równowagi, zaburza dzień i powoduje, że nic, co zaplanowane nie odbywa się o czasie. Stan, który mimo licznych zabiegów zapobiegawczych wraca jak bumerang. Walczę z nim zaopatrując się w niezbędne, jakby się wydawało, antystany. A imię jego „Nie mam się w co ubrać”.
Choćby moja szafa pękała w szwach i się nie domykała, choćbym ciągle dokładał do niej nowych ciuchów i tak z prędkością tornada wraca do mnie ranek, w którym siadam naprzeciw garderoby i nic, co w niej jest nie pasuje. Wszystko albo za małe albo za duże, zbyt kolorowe albo za szare…siedzę więc i kontempluję, ale wtedy nic już nie jest takie, jak być miało. Podczas takiego ataku przed lustrem staję około miliona razy zmieniając odzienie i rozrzucając odrzucone ubrania dookoła. Prasuję, wyrzucam, zamieniam, siadam z rezygnacją i postanowieniem niewychodzenia z domu, ponawiam próby, postanawiam popracować nad ciałem, klnę (wtedy przypominam sobie ile jest przekleństw), aż wreszcie wybieram jeden z wariantów, z którego i tak cały dzień jestem niezadowolona. Idę wtedy i widzę w oczach każdego mijanego, że nic do siebie nie pasuje. Warczę. Chociaż i tak najgorsze jest rozbawienie zaślubionego, który idealnie rozpoznaje ten stan. Łatwo jest śmiać się wtedy, wiem. Biednemu zawsze wiatr w oczy! Chociaż w sumie co się dziwić, skoro Jego stałym zestawem jest koszulka i jeansy, ewentualnie krótkie spodenki. A ja co? Spodnie muszę dopasować do tyłka, bluzkę do biustu (a on zależy od cyklu), potem bluzka musi pasować do spodni, a do wszystkiego buty, na dodatek nie może mnie pogrubiać i być odpowiednie na pogodę. Gdyby tego było mało to musi być jeszcze wygodne i modne, a najlepiej oryginalne. I to wszystko jeszcze musi spełniać kryteria dress codu i mojego humoru. I pasować do karnacji, makijażu, włosów, torebki…
Stanu tego nie wolno mylić z dniami, kiedy najchętniej wrzuciłabym dres. Nie, nie, nie! W te dni właśnie chcę naprawdę dobrze wyglądać. Wręcz wyjątkowo. Ale na chęci się kończy, bo w te dni ciuchy się na mnie zawsze celowo uwezmą i specjalnie się nie układają, przestają do siebie pasować ( jestem przekonana, że one są w zmowie i robią to specjalnie!). Potem, próbując sprostać tym stanom, obiecuję sobie, że kolejne odzieżowe zakupy będą tylko pod kątem pasowania do reszty szafy. I wydaje mi się, że tak jest, ale do czasu…i nawet ta mega uniwersalna koszula pasująca do każdej spódnicy i każdych spodni okazuje się bezużyteczna, bo nagle nie mam żadnej ładnej spódnicy, a te co mam są bezbarwne, podkreślające moje masywne łydki i jakieś takie stare, a o spodniach nawet nie myślę, bo we wszystkich wyglądam jakby mi doczepili świńskie nóżki. Więc żyć muszę, ku uciesze zaślubionego, z tymi stanami…
A wpis dedykuję dwóm kobietom, które zmobilizowały mnie do pisania poprzez wpisy na facebooku. Nie wymieniam imion, bo nie wiem czy mogę, ale jeśli dostanę zgodę to w następnym wpisie wspomnę!
Choćby moja szafa pękała w szwach i się nie domykała, choćbym ciągle dokładał do niej nowych ciuchów i tak z prędkością tornada wraca do mnie ranek, w którym siadam naprzeciw garderoby i nic, co w niej jest nie pasuje. Wszystko albo za małe albo za duże, zbyt kolorowe albo za szare…siedzę więc i kontempluję, ale wtedy nic już nie jest takie, jak być miało. Podczas takiego ataku przed lustrem staję około miliona razy zmieniając odzienie i rozrzucając odrzucone ubrania dookoła. Prasuję, wyrzucam, zamieniam, siadam z rezygnacją i postanowieniem niewychodzenia z domu, ponawiam próby, postanawiam popracować nad ciałem, klnę (wtedy przypominam sobie ile jest przekleństw), aż wreszcie wybieram jeden z wariantów, z którego i tak cały dzień jestem niezadowolona. Idę wtedy i widzę w oczach każdego mijanego, że nic do siebie nie pasuje. Warczę. Chociaż i tak najgorsze jest rozbawienie zaślubionego, który idealnie rozpoznaje ten stan. Łatwo jest śmiać się wtedy, wiem. Biednemu zawsze wiatr w oczy! Chociaż w sumie co się dziwić, skoro Jego stałym zestawem jest koszulka i jeansy, ewentualnie krótkie spodenki. A ja co? Spodnie muszę dopasować do tyłka, bluzkę do biustu (a on zależy od cyklu), potem bluzka musi pasować do spodni, a do wszystkiego buty, na dodatek nie może mnie pogrubiać i być odpowiednie na pogodę. Gdyby tego było mało to musi być jeszcze wygodne i modne, a najlepiej oryginalne. I to wszystko jeszcze musi spełniać kryteria dress codu i mojego humoru. I pasować do karnacji, makijażu, włosów, torebki…
Stanu tego nie wolno mylić z dniami, kiedy najchętniej wrzuciłabym dres. Nie, nie, nie! W te dni właśnie chcę naprawdę dobrze wyglądać. Wręcz wyjątkowo. Ale na chęci się kończy, bo w te dni ciuchy się na mnie zawsze celowo uwezmą i specjalnie się nie układają, przestają do siebie pasować ( jestem przekonana, że one są w zmowie i robią to specjalnie!). Potem, próbując sprostać tym stanom, obiecuję sobie, że kolejne odzieżowe zakupy będą tylko pod kątem pasowania do reszty szafy. I wydaje mi się, że tak jest, ale do czasu…i nawet ta mega uniwersalna koszula pasująca do każdej spódnicy i każdych spodni okazuje się bezużyteczna, bo nagle nie mam żadnej ładnej spódnicy, a te co mam są bezbarwne, podkreślające moje masywne łydki i jakieś takie stare, a o spodniach nawet nie myślę, bo we wszystkich wyglądam jakby mi doczepili świńskie nóżki. Więc żyć muszę, ku uciesze zaślubionego, z tymi stanami…
A wpis dedykuję dwóm kobietom, które zmobilizowały mnie do pisania poprzez wpisy na facebooku. Nie wymieniam imion, bo nie wiem czy mogę, ale jeśli dostanę zgodę to w następnym wpisie wspomnę!
wtorek, 6 września 2011
Niecodziennie
Mieć wokół siebie zdolnych ludzi to naprawdę szczęście, ale mieć zdolnych przyjaciół to zupełny high life! Nie chcę tu chwalić wytworów artystycznych tylko dlatego, że znam autorów, ale to są naprawdę produkty godne uwagi i polecenia. A że znanych mi człowieków…serce w dumę rośnie!
Na pierwszy ogień coś, co chwalić chcę, a i powinnam, bo w ręce miałam i wiem, że warto.
ANDY POP. powstał z inicjatywy dwójki projektantów, Marii Kuboszek i Tomasza Woźniaka.
Srebro, jego niepowtarzalna struktura i właściwości, stanowi dla nich bazę twórczych inspiracji i poszukiwań.
Myśląc o biżuterii postanowili wybrać się o krok dalej i stworzyć biżuterię interaktywną, którą można kształtować samemu, której centralny element, kolor, jest wymienny i koresponduje z naszym samopoczuciem, kaprysem lub spontaniczną chęcią codziennej zmiany.
Zastanawiając się nad możliwością wymiany koloru odkryli połączenie z pozoru błahe i znane wszystkim od dziecka – plastelina, w odcieniach fluo, lepsza od tej z dzieciństwa, nietoksyczna, intensywna i niebrudząca. Połączyli ją ze srebrem. Powstała biżuteria, która daje się kształtować i przybiera odcień odpowiedni do nastroju lub garderoby, która odsyła nas do dzieciństwa i przypomina o różnorodności.
Przyznaję, że gdyby mnie ktoś podpytał o łączenie srebra z plasteliną to puknęłabym w czoło. I teraz w to czoło powinnam dostać młotkiem za brak wyobraźni. Jako stwór srokowy, lecący do wszystkiego, co świeci- marzę o każdym pojedynczym wzorze. Zaślubiony twierdzi, że niedługo moja biżuteria nas zabije- pod jej ciężarem bowiem spaść nam może półeczka na głowę ulokowana centralnie nad naszym łóżkiem. To jednak nie moja byłaby wina, bo nie ja tę półkę montowałam, a sam wyżej wspomniany osobnik.
Wracając do Andy Pop, bom się rozgadała, a dzisiaj o sztuce a nie życiu być miało, poniżej trochę zdjęć, w tym mój faworyt:
Szczegóły na portalu, który łączy i na którym się jest jak się jest, a jak się nie ma na nim konta to się nie jest wcale…podobno:
http://www.facebook.com/#!/andypopart
Wpis ten może niecodzienny, ale jak się dzielić to się dzielić. Tylko mi lajkować, jak już na fb to znajdziecie, niech mi serce urośnie, że dzięki mnie ktoś jeszcze to ogląda! A jak wspomnicie, że ode mnie to mi serce urośnie, że się do sztuki dołączyłam!:)
Na pierwszy ogień coś, co chwalić chcę, a i powinnam, bo w ręce miałam i wiem, że warto.
ANDY POP. powstał z inicjatywy dwójki projektantów, Marii Kuboszek i Tomasza Woźniaka.
Srebro, jego niepowtarzalna struktura i właściwości, stanowi dla nich bazę twórczych inspiracji i poszukiwań.
Myśląc o biżuterii postanowili wybrać się o krok dalej i stworzyć biżuterię interaktywną, którą można kształtować samemu, której centralny element, kolor, jest wymienny i koresponduje z naszym samopoczuciem, kaprysem lub spontaniczną chęcią codziennej zmiany.
Zastanawiając się nad możliwością wymiany koloru odkryli połączenie z pozoru błahe i znane wszystkim od dziecka – plastelina, w odcieniach fluo, lepsza od tej z dzieciństwa, nietoksyczna, intensywna i niebrudząca. Połączyli ją ze srebrem. Powstała biżuteria, która daje się kształtować i przybiera odcień odpowiedni do nastroju lub garderoby, która odsyła nas do dzieciństwa i przypomina o różnorodności.
Przyznaję, że gdyby mnie ktoś podpytał o łączenie srebra z plasteliną to puknęłabym w czoło. I teraz w to czoło powinnam dostać młotkiem za brak wyobraźni. Jako stwór srokowy, lecący do wszystkiego, co świeci- marzę o każdym pojedynczym wzorze. Zaślubiony twierdzi, że niedługo moja biżuteria nas zabije- pod jej ciężarem bowiem spaść nam może półeczka na głowę ulokowana centralnie nad naszym łóżkiem. To jednak nie moja byłaby wina, bo nie ja tę półkę montowałam, a sam wyżej wspomniany osobnik.
Wracając do Andy Pop, bom się rozgadała, a dzisiaj o sztuce a nie życiu być miało, poniżej trochę zdjęć, w tym mój faworyt:
Szczegóły na portalu, który łączy i na którym się jest jak się jest, a jak się nie ma na nim konta to się nie jest wcale…podobno:
http://www.facebook.com/#!/andypopart
Wpis ten może niecodzienny, ale jak się dzielić to się dzielić. Tylko mi lajkować, jak już na fb to znajdziecie, niech mi serce urośnie, że dzięki mnie ktoś jeszcze to ogląda! A jak wspomnicie, że ode mnie to mi serce urośnie, że się do sztuki dołączyłam!:)
piątek, 19 sierpnia 2011
Latający holender
Wyjechałam i wróciłam. Więcej grzechów nie pamiętam. Na wyjeździe miałam wypocząć, żeby powrócić w pełnej mocy przerobowej. Nie udało się. Zamiast tego po czterech dniach wróciłam bardziej spragniona wakacji, takich tygodniowych albo i dłuższych. Takich, gdzie nie będę miała snów o pracy ani myśli z cyklu „czego jeszcze nie zrobiłam”. Jest natomiast nicnierobienie, które po kilku dniach bokiem wychodzi i błogie rozkojarzenie, które powoduje sytuacje bawiące nas na wakacjach, a w bożym tygodniu doprowadzają nas do furii.
Mój szybki wyjazd był zaplanowany, wyczekiwany i niczym mnie nie zawiódł, poza tym, że się faktycznie skończył po trzech dniach. Teraz już jestem pewna, że holenderski powstał kiedy ktoś mocno zaziębiony próbował odkaszlnąć chrypkę, a innym wydawało się, że coś mówi. Wiem też, że waga wadze nierówna, że „koko” to niekoniecznie tylko kurzy język, że piwo może być równie dobre jak wino, a sztuka i teatr to bardzo szeroko rozumiany termin. Upewniłam się, że kuchnia tajska to dzieło aniołów, bo ma nieziemski smak, a frytki to dzieło szatana, bo po zjedzeniu od razu czuje się je w boczkach i na tyłku. Do tego jeszcze ciasteczko do kawy może rozłożyć na łopatki, a rarytas, którym zachwycałam się jakieś trzy lata temu, uważając go za coś u nas niespotykanego, to po prostu dobrze zrobiony dorsz. Co jeszcze? A może to, że czasami warto zapomnieć o świecie, zresetować się i przypomnieć sobie, że praca to dodatek do życia, a nie odwrotnie i że wolny czas można spędzić naprawdę błogo.
A dla tych, którzy mają z resetem kłopot- polecam wycieczkę do Amsterdamu!
Mój szybki wyjazd był zaplanowany, wyczekiwany i niczym mnie nie zawiódł, poza tym, że się faktycznie skończył po trzech dniach. Teraz już jestem pewna, że holenderski powstał kiedy ktoś mocno zaziębiony próbował odkaszlnąć chrypkę, a innym wydawało się, że coś mówi. Wiem też, że waga wadze nierówna, że „koko” to niekoniecznie tylko kurzy język, że piwo może być równie dobre jak wino, a sztuka i teatr to bardzo szeroko rozumiany termin. Upewniłam się, że kuchnia tajska to dzieło aniołów, bo ma nieziemski smak, a frytki to dzieło szatana, bo po zjedzeniu od razu czuje się je w boczkach i na tyłku. Do tego jeszcze ciasteczko do kawy może rozłożyć na łopatki, a rarytas, którym zachwycałam się jakieś trzy lata temu, uważając go za coś u nas niespotykanego, to po prostu dobrze zrobiony dorsz. Co jeszcze? A może to, że czasami warto zapomnieć o świecie, zresetować się i przypomnieć sobie, że praca to dodatek do życia, a nie odwrotnie i że wolny czas można spędzić naprawdę błogo.
A dla tych, którzy mają z resetem kłopot- polecam wycieczkę do Amsterdamu!
czwartek, 11 sierpnia 2011
Spotkania na szczycie
Spotkań na szczycie może być wiele- od tych dyplomatycznych, po przypadkowe turystyczne na górze jakiejś góry. Ale mnie chodzi o inne, wyjątkowe, niepowtarzalne, uniwersalne, niepojęte dla mężczyzn spotkania kobiece. Podczas takich zejść większej ilości osobników płci żeńskiej dowiedzieć się można o niespotykanej wręcz ilości nowości. Ja z ostatnich( a, o dziwo, udało mi się ich kilka) wyniosłam:
1. Są pachnące buty!!!!
2. Lepiej mi w zieleni niż turkusie
3. Clooney znowu jest wolny!
4. We Włoszech Big Brothera wygrał bardzo przystojny mężczyzna (tu dwie informacje w jednej- o wygranym i że BB wciąż gdzieś jest emitowany)
5. Muszę wypróbować około miliona podkładów- ile kobiet, tyle opinii
6. Sushi jest kaloryczne
7. Ostatnia książka Murakamiego jest dziwna (jakby wcześniejsze nie były…)
8. We Włoszech odnaleźli szkice zaginionego malowidła
9. Podrożały bilety do kina
10. W Warszawie używa się określenia „betka” (ale już nie pamiętam na określenie czego)
11. Jest genialne muzeum Leonarda da Vinci
12. Jeśli po powrocie do domu około godziny 6 rano zje się śniadanie, a potem pójdzie spać to to była późna kolacja
13. Rumianek świetnie działa na sen (sama nie wiem, jak mi to umknęło)
14. Są rajstopy w spray’u
15. Będzie koncert Sade
16. W pewnym centrum handlowym jest poczta, której pracownik oblizuje znaczki w wyjątkowo nieprzyjemny sposób
17. Nie tylko ja mam słabość do Javiera Bardem
18. Przepłaciłam za balsam
19. Mój eks-szef przeniósł się z Krakowa do Warszawy
20. W moim mieście otworzyli siłownię, która jest na ruchomej platformie- podczas treningu zmienia się widok za oknem
21. Justin Bieber wydał już miliony na swoje zachcianki
22. Nikt nie wiem, kim jest Justin Bieber (czy to się tak pisze??!!)
23. Za często podlewam jednego z moich kwiatków
24. W domu można mieć lemura
25. Lemury trzeba karmić robactwem
26. Można świadomie i z premedytacją nie mieć w domu Internetu
27. Coraz więcej moich znajomych ma dzieci
28. Wyprzedaże to dzieło szatana
I jak tu nie kochać tych babskich spotkań, na których myśl zawsze się uśmiecham i nigdy nie mam dość? A po nich człowiek o tyle mądrzejszy…
1. Są pachnące buty!!!!
2. Lepiej mi w zieleni niż turkusie
3. Clooney znowu jest wolny!
4. We Włoszech Big Brothera wygrał bardzo przystojny mężczyzna (tu dwie informacje w jednej- o wygranym i że BB wciąż gdzieś jest emitowany)
5. Muszę wypróbować około miliona podkładów- ile kobiet, tyle opinii
6. Sushi jest kaloryczne
7. Ostatnia książka Murakamiego jest dziwna (jakby wcześniejsze nie były…)
8. We Włoszech odnaleźli szkice zaginionego malowidła
9. Podrożały bilety do kina
10. W Warszawie używa się określenia „betka” (ale już nie pamiętam na określenie czego)
11. Jest genialne muzeum Leonarda da Vinci
12. Jeśli po powrocie do domu około godziny 6 rano zje się śniadanie, a potem pójdzie spać to to była późna kolacja
13. Rumianek świetnie działa na sen (sama nie wiem, jak mi to umknęło)
14. Są rajstopy w spray’u
15. Będzie koncert Sade
16. W pewnym centrum handlowym jest poczta, której pracownik oblizuje znaczki w wyjątkowo nieprzyjemny sposób
17. Nie tylko ja mam słabość do Javiera Bardem
18. Przepłaciłam za balsam
19. Mój eks-szef przeniósł się z Krakowa do Warszawy
20. W moim mieście otworzyli siłownię, która jest na ruchomej platformie- podczas treningu zmienia się widok za oknem
21. Justin Bieber wydał już miliony na swoje zachcianki
22. Nikt nie wiem, kim jest Justin Bieber (czy to się tak pisze??!!)
23. Za często podlewam jednego z moich kwiatków
24. W domu można mieć lemura
25. Lemury trzeba karmić robactwem
26. Można świadomie i z premedytacją nie mieć w domu Internetu
27. Coraz więcej moich znajomych ma dzieci
28. Wyprzedaże to dzieło szatana
I jak tu nie kochać tych babskich spotkań, na których myśl zawsze się uśmiecham i nigdy nie mam dość? A po nich człowiek o tyle mądrzejszy…
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Dygresje na temat niepogody
No i piękną jesień mamy tego lata! Tak piękną, że zaczynam szczerze wierzyć, że lipiec wypadnie w listopadzie, a styczeń w czerwcu. Zakładając buty wybieram między balerinkami, w których kostnieją mi stopy, gumiakami, w których stawiam kroki jak Wielki Ptak a kozakami, w których wyglądam tak trochę…jak japoński turystka. Japońscy turyści co roku nie przestają mnie zadziwiać. Gdziekolwiek się nie ruszę tam oni są- coś jak roztocza- i trzeba im zostawić, że są uroczy- zupełnie nie jak roztocza- ale też ich styl wyprzedza modę o lata świetlne. Do dzisiaj z zaślubionym wspominamy spotkaną jakieś trzy lata temu japonkę, która w środku lata (może nie bardzo upalnego, ale lata, które wtedy wypadało jeszcze w lipcu i sierpniu) zajadała się mulami opatulona w szalik, wełnianą czapkę, a na nogach miała futerkowe kozaki. Wyglądała jak Yeti wśród smerfów. No i jak teraz w tym jesiennym lecie też się tak czuję.
Za słońcem tęsknię jak za arbuzami zimą, chociaż to coraz mniej adekwatne stwierdzenie, bo w sumie to jem teraz arbuzy, a za oknem bliżej do zimy niż lata…Nie pociesza mnie nawet fakt, że mój nowonabyty parasol, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia, jest w użyciu odkąd go mam codziennie. Swoją drogą, odkąd pamiętam gubiłam parasole, a o tym pamiętam jak o porannej kawie- zawsze i wszędzie. I może jest to spowodowane tym, że wcześniej żaden mój parasol nie podobał mi się tak bardzo, ale stawiam w pierwszej kolejności na to, że jednak nie lubię, jak mi się na głowę woda leje, więc go sobie pilnuję.
Do tego zaczęłam rozważać jakieś alternatywne opalanie. Solarium raczej odpada z kilku względów- ten zdrowotny jest na końcu. Po pierwsze mam klaustrofobie i opalając się co sekundę sprawdzam czy aby na pewno da się uchylić klapę, co powoduje, że pewnie z 10 minut jakie tam spędzam opalam się minutę. Po drugie odkąd zobaczyłam „Oszukać Przeznaczenie niewiemktórączęść”, gdzie jedna z bohaterek ginie spalona w solarium, jakoś tak mi tam nieswojo. Po trzecie kolor opalenizny z solarium jakoś bardziej kojarzy mi się z ziemniakiem niż wakacjami. Po czwarte to rozbieranie, smarowanie, opalanie, ubieranie zniechęca. Po piąte jeszcze nigdy nie czułam się „swojo” w solarium- jestem w mniejszości bez tipsów, kolczyka w nosie, paska z ćwiekami i sztucznymi rzęsami (nie mam nic do tych atrybutów ani do tych osób, ale jakoś w solarium zawsze spotykam ich skupiska). Po kolejne względy higieniczno- zdrowotne też nie zachęcają. Kremy do opalania powodują u mnie wysypkę. Wyglądam jak po ataku trądziku młodzieńczego. Wtórnego, oczywiście, bo lat mi to nie odbiera. Ciemniejszy puder też nie bardzo, bo zawsze gdzieś niedosmaruję i wyglądam potem jak źle obrobione zdjęcie z photoshopa. No więc chodzę taka blada, że przykładając twarz do ściany nie bardzo widzę gdzie kończy się ściana a gdzie zaczynam się ja.
Z brakiem lata wiąże się u mnie jeszcze jedno- notorycznie mam zły humor. Jestem zła na psa sąsiadów, który szczeka, na kierowców, którzy jadą wolniej niż ustawa przewiduje (czy są mandaty za zbyt wolną jazdę po mieście??), na pracę, że jest, na telefon służbowy, że dzwoni, na telefon prywatny, że się zepsuł, na ubrania, że się mną, na weekend, że mija za szybko, na tydzień roboczy, że się wlecze, na jeansy, że się rozciągają, na mój ulubiony jogurt, bo nie zawsze jest w sklepie, na brzoskwinie, bo były bez smaku, na rower, bo nie mogę na nim jeździć…ale tak naprawdę jestem zła na lato, że go nie ma!
Post ten miał być o zupełnie czymś innym, a tu wyszło jak wyszło. Apeluję o słońce! Ktoś popiera? Jeśli tak otwieram listę wyborczą- podpisy zbieram w komentarzach, na maila i w każdej innej postaci! Pozwiemy lato, że się nie zjawiło!
Za słońcem tęsknię jak za arbuzami zimą, chociaż to coraz mniej adekwatne stwierdzenie, bo w sumie to jem teraz arbuzy, a za oknem bliżej do zimy niż lata…Nie pociesza mnie nawet fakt, że mój nowonabyty parasol, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia, jest w użyciu odkąd go mam codziennie. Swoją drogą, odkąd pamiętam gubiłam parasole, a o tym pamiętam jak o porannej kawie- zawsze i wszędzie. I może jest to spowodowane tym, że wcześniej żaden mój parasol nie podobał mi się tak bardzo, ale stawiam w pierwszej kolejności na to, że jednak nie lubię, jak mi się na głowę woda leje, więc go sobie pilnuję.
Do tego zaczęłam rozważać jakieś alternatywne opalanie. Solarium raczej odpada z kilku względów- ten zdrowotny jest na końcu. Po pierwsze mam klaustrofobie i opalając się co sekundę sprawdzam czy aby na pewno da się uchylić klapę, co powoduje, że pewnie z 10 minut jakie tam spędzam opalam się minutę. Po drugie odkąd zobaczyłam „Oszukać Przeznaczenie niewiemktórączęść”, gdzie jedna z bohaterek ginie spalona w solarium, jakoś tak mi tam nieswojo. Po trzecie kolor opalenizny z solarium jakoś bardziej kojarzy mi się z ziemniakiem niż wakacjami. Po czwarte to rozbieranie, smarowanie, opalanie, ubieranie zniechęca. Po piąte jeszcze nigdy nie czułam się „swojo” w solarium- jestem w mniejszości bez tipsów, kolczyka w nosie, paska z ćwiekami i sztucznymi rzęsami (nie mam nic do tych atrybutów ani do tych osób, ale jakoś w solarium zawsze spotykam ich skupiska). Po kolejne względy higieniczno- zdrowotne też nie zachęcają. Kremy do opalania powodują u mnie wysypkę. Wyglądam jak po ataku trądziku młodzieńczego. Wtórnego, oczywiście, bo lat mi to nie odbiera. Ciemniejszy puder też nie bardzo, bo zawsze gdzieś niedosmaruję i wyglądam potem jak źle obrobione zdjęcie z photoshopa. No więc chodzę taka blada, że przykładając twarz do ściany nie bardzo widzę gdzie kończy się ściana a gdzie zaczynam się ja.
Z brakiem lata wiąże się u mnie jeszcze jedno- notorycznie mam zły humor. Jestem zła na psa sąsiadów, który szczeka, na kierowców, którzy jadą wolniej niż ustawa przewiduje (czy są mandaty za zbyt wolną jazdę po mieście??), na pracę, że jest, na telefon służbowy, że dzwoni, na telefon prywatny, że się zepsuł, na ubrania, że się mną, na weekend, że mija za szybko, na tydzień roboczy, że się wlecze, na jeansy, że się rozciągają, na mój ulubiony jogurt, bo nie zawsze jest w sklepie, na brzoskwinie, bo były bez smaku, na rower, bo nie mogę na nim jeździć…ale tak naprawdę jestem zła na lato, że go nie ma!
Post ten miał być o zupełnie czymś innym, a tu wyszło jak wyszło. Apeluję o słońce! Ktoś popiera? Jeśli tak otwieram listę wyborczą- podpisy zbieram w komentarzach, na maila i w każdej innej postaci! Pozwiemy lato, że się nie zjawiło!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





