poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Matka oszczędności



Kocham moje dzieci ponad wszystko. Ale kocham też czas tylko dla mnie, a te dwie rzeczy coś nijak da się połączyć. Tak więc od prawie pięciu miesięcy zastanawiam się, dlaczego dwie godziny drzemki Krasnali są kompletnie nierówne dwóm godzinom machania grzechotką, kiedy człowiek marzy o śnie? Kiedy tylko Ci najmniejsi zamkną oczy staram się w biegu ogarnąć wszechobecny zamęt, zrobić coś do jedzenia, napić się w międzyczasie i potem w planach jest czytanie, ale plan planem, a czas czasem i się to wszystko mija. Więc albo bardzo ślamazarnie sprzątam albo coś jest nie halo z tymi drzemkami i część minut ginie w czasoprzestrzeni. Najpewniej kosmicznej.
Ale nie o tym. Nie o tym, bo ostatnio na własnej skórze doświadczyłam, że jak zarobić to tylko na rodzicach małych dzieci. Do tej pory hedonistyczny sposób wydawania pieniędzy był moją domeną (jest coś na koncie, jest plan oszczędzania, potem coś tam pomruga do mnie z wystawy, potem do tego idealnie pasuje coś z wystawy obok i plan na oszczędzanie odłożony na czas kolejnej wypłaty), stojącą w opozycji do podejścia Zaślubionego. Potem jednak pojawili się Oni i zdrowy rozsądek założył mi czarne okulary, dzięki którym nic już nie mruga do mnie z wystaw, bo wszystko i tak przeliczone zostaje na pieluchy i chusteczki nawilżone (których zapach już do końca życia chyba będzie wywoływał u mnie gotowość do przewijania). Tak więc postanowiliśmy, jako świeżo mianowani rodzice, że wydawać będziemy logicznie, cyklicznie, przemyślanie i rozsądnie. Są rzeczy, które powinny być nowe, ale umówmy się, większość sprzętów, ubranek i tym podobnych można kupić z drugiej ręki i nawet nie zauważyć różnicy. I w sumie nam się udawało. Aż do zeszłego tygodnia.
Jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami leżaczków z drugiej ręki. Grają? Grają. Bujają? Bujają. Interesują Krasnali? Interesują. W dobrym stanie? W dobrym.  No to git i słoneczko Ale zdarza nam się również bywać, szczególnie często w jednym miejscu, więc postanowiliśmy dokupić jeszcze dwa egzemplarze. I tu się zaczęło. Jako stała część leżaczka (ta od bujania) postanowiłam urozmaicić sobie życie i wybrać jakieś nowe modele. Niech chociaż melodia będzie inna, bo jeszcze kilka tygodni kołysania do tej samej i wszystko będę deklamować w jej rytm. Szybki przegląd portalu sprzedażowego, sortowanie od najtańszych, przeskok do średniej cenowej i wybór prawie dokonany. Pięć typów zapisanych do obserwowanych i czekamy na Zaślubionego. Wieczorną porą wspólne dokonywanie wyboru:
„Ten z delfinkiem jakiś taki…brzydki”.”Niby fajny, ale z przesyłką ponad 200 pieluch wychodzi”(wspominałam już o naszej nowej walucie). „A z tego to oni nie wypadną?”. „Ten leżaczek sprawdza się tylko do 8 kg, to już niewiele czasu nam zostało”. „No proszę Cię, różowy??!!”.
Fakt, wszystkie jakieś średnie, ale przecież coś wybrać trzeba. Potem nagle Zaślubiony przypomina sobie, jak mu kiedyś o jakimś „wypasionym”, samobujającym się leżaczku opowiadałam, co go w TV widziałam (jak ją jeszcze czas miałam oglądać). No pamiętam, no widziałam, ale koszt jego nawet na pieluchy nie warto przeliczać. Ale skoro już o nich mowa to je sobie w Internecie pooglądajmy (dzieci uśmiechnięte bujają się w nich wydając cudowne dźwięki, które pewnie wyda i Twoje dziecko o ile Ty wydasz na to cudo. Ale przecież śmiech dziecka bezcenny, TAK?), poczytajmy opinie (po 10 stronie zachwalania nie wiedziałam czy czytam o leżaczku czy o świętym Graalu), zapoznamy się z zaleceniami pediatrów. Potem powrót do rzeczywistości i „Delfinki już nie są brzydkie, są paskudne”, „Tyle z przesyłką się nie opłaca! Jeszcze 10 takich i mamy nasz wypasiony”, „Z tego wypadną na mur beton!”, „8 kg pewnie w opisie, a przy 7 już się rozwali”, „Różowy i to jeszcze taki odcień, fuj, brzydal”. I na nic wyszukiwanie innych. Jeden wzrok i już w powietrzu wisi niewypowiedziane, że może jednak warto czasami zainwestować, przecież to dla dzieci, może i kosztuje, ale stymuluje i ach i och i przecież ich dwóch, a kupujemy jeden, więc i tak oszczędzamy. I oto, mili Państwo, po trzech dniach od tych dyskusji, jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami modelu o cenie powodującej, że lepiej, żeby Krasnale za dużo w pieluchy nie robiły, bo ich może końcem miesiąca będziemy w gazety owijać. Modelu, z którego cieszymy się tak, jakbyśmy się na nim sami mieli bujać. Modelu…w ilości dwóch. Wiwat oszczędności!

piątek, 2 sierpnia 2013

Na co komu dziś wczorajszy sen?



Upały odbiły się trwale na mojej świeżo-matczynej psychice. Chowanie się po najzimniejszych kątach, w których temperatura sięgała 100 stopni będzie mi się śniła po nocach. Podobnie jak kot rozłożony na płytkach w błagalnym tonie „nie podchodź za blisko, bo grzejesz”. I Krasnale domagające się noszeni, ale przy każdym zetknięciu ciała z ciałem następowało zassanie, wymiana potów i zdecydowanie zniesmaczona mina tych najmniejszych. I jak im tu wytłumaczyć?
Poza tym hartuję się do nowego zawodu- szpieg lub agent. Słyszałam, że takich jak się złapie torturuje się poprzez uniemożliwianie spania. No to jeszcze chwila i mi będą mogli podskoczyć. Krasnale, w roli trenerów, spisują się idealnie. Czasami któregoś sen zmorzy, ale ale… przecież jest ich dwóch, więc spokojna moja głowa! Aby szkolenie było idealne, trenerzy wymieniają się precyzyjnie co do minuty. Co uważam za sukces wychowawczy, bo wychodzi na to, że już rozumieją pojęcie czasu. Zdarza się, że używają podstępu, udają senność i tylko czekają na to aż: zacznę coś jeść/ wejdę pod prysznic/ zacznę oglądać film/ otworzę książkę. I nie ważne ile poczekam od momentu nastania ciszy, oni ZAWSZE WIEDZĄ! I bach! A ponieważ chcę przejść szkolenie z wyróżnieniem, lecę na trening porzucając dotychczasowe zajęcie, owinięta ręcznikiem/strzepująca okruszki prawie wziętego kęsa/gubiąc wątek. Ale najpoważniejsze próby nastają po północy. Bo każdy szpieg  i agent się nie poddaje, nie narzeka, nie zasypia, nie mazgai się, tylko działa! Na szczęście w treningach czynny udział bierze również Zaślubiony, więc czasami wychodzi nam zmyłka i któreś z nas walczy za dwóch! Potem sobie streszczamy lekcję, ewentualnie ściągamy podczas sprawdzianu. Więc tak, sen jest przereklamowany. Do tego dochodzi prawdopodobieństwo skrzypnięcia drzwi, krzyki na zewnątrz, pomyłkowe naciśnięcie złego guzika w radio, przez co muzyka uderza z całą mocą na całe mieszkanie. Kiedy Krasnale zasną prawdopodobieństwo takich zdarzeń wynosi 100%.
Zainteresowanych zapraszam na szkolenie.
Z małych dygresji odkrywam, że Krasnale mimo swoich 4,5 miesięcy, są dość popularni. Co chwila odbieram jakieś paczki z poczty skierowane do nich. Tarte jabłka, marchewki, plastikowe łyżeczki, kalendarzyki… być może to od tych, co już są po szkoleniu? Albo Ci co przed?

wtorek, 23 lipca 2013

W każym zawodzie trafić możesz na schody



Najtrudniejsze w codzienności macierzyństwa jest dobre wsmarowanie w Krasnali kremu z filtrem 50. Przysięgam, niezależnie jak wcieram, przecieram, zacieram, w jakiej ilości to Smarowani i tak wyglądają jak kandydaci na gejsze. Ewentualnie mumie. I nie ważne jak bardzo się uśmiechają, majtają nogami czy gaworzą i tak wyglądają wtedy na śmiertelnie zmęczonych i apatycznych. Próbowałam już rozcieńczać ochraniacz z balsamem, wsmarowywać zgodnie i przeciwnie do wskazówek zegara, zmieniać producentów (dla jasności chodzi o producentów kremów), ale nie, nic to nie zmieniło. Uważam więc, że wsmarowywanie kremu z filtrem jest wyzwaniem, któremu chyba nigdy nie podołam.
Drugie, w kategorii trudne, jest opanowanie ślinotoku Krasnali. Jeszcze trochę i zaopatrzę nas w koła ratunkowe. Wprawdzie chłopcy mieli już dwie lekcje na basenie, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Wycieranie tetrówką jest równie skutecznie jak suszenie Bałtyku chusteczką higieniczną. Dzięki temu Krasnale są absolutnie "fashion victim", codziennie mają założone co najmniej  dwie koszulki z powodu zalania.
Trzecie, i przyjmijmy, że ostatnie to wyjście z Krasnalami z domu na czas. Z nieznanych szerszej widowni w postaci mnie, a czasami i Zaślubionego, przyczyn posadzenie ubranego, przewiniętego i gotowego do drogi Krasnala Numer Jeden na fotelik samochodowy, zapięcie go w pasy i ubranie czapki (o ile to konieczne) skutkuje natychmiastowym atakiem na pieluchę. Dzięki temu całą operację należy powtórzyć po wcześniejszym obrobieniu, co wydłuża czas potrzebny do wyjścia, a dodatkowo działa na nerwy równie gotowemu do drogi Krasnalowi Numer Dwa. I nie działa przechytrzenie losu i posadzenie Krasnala w celu wywołania akcji "za wczasu". Operacja ma szansę powodzenia tylko wtedy, kiedy rzeczywiście już wierzy się, że od wyjścia z domu dzieli nas tylko klik fotelikowych pasów. Widocznie do bomby w pieluszce potrzebny jest jeszcze u Krasnala dreszcz emocji, zwany często reisefieber.
Poza tym chyba wszystko w normie. Krasnale ciągle w wózku wyją, mimo zastosowania rad:
         1. Położyć Wyjących na brzuszku – wykonane. Efekt: stękający Krasnal z podniesioną głową próbujący cokolwiek zobaczyć, co powodowało, że wyglądał jak Janek Kos w czołgu. 
          2.  Zmienić gondolki na spacerówki – wykonane. Efekt : początkowo spokój, co po 10 minutach zmienia się w ryk, który dzięki nowej pozycji można nie tylko słuchać, ale i oglądać.
Reszta naprawdę po staremu, więc zostaje tylko czekać do wakacji. A do nich zostało równo 40 dni.
No i „royal baby” jest młodszy o równe 18 tygodni  od Krasnali. Phi!

wtorek, 16 lipca 2013

Hey ho, dziś na poważnie


Są dni, że absolutnie nie chce mi się mówić. Nie chce mi się rozmawiać. Nie odbieram wtedy telefonu, nie dzwonię, nie spotykam się z nikim. Potrzebuję wtedy „powietrza”, chwili dla siebie i tylko dla siebie. Od czasu Krasnali tych chwil nie jest dużo. Kiedy mam czas pożytkuję go na wizyty, wyjścia z kimś, z kim umawiam się od tygodni, zabiegi estetyczne mające na celu przybliżenie mojego wyglądu do człowieczego. Dlatego ostatnio poczułam, że już MUSZĘ! Zgłosiłam się na ochotnika do zakupów wieczornych (Krasnale nie brały udział w głosowaniu) i po położeniu 50% naszej rodziny do łóżek, pojechałam z listą artykułów koniecznych do nabycia.
Wsiadłam do auta i TO poczułam. Chwila dla mnie, telefon dzwonił kilka razy, ale nawet nie próbowałam zerknąć kto się wyświetla. Otwarłam okna, powietrze pędziło za samochodem, włączyłam radio i słuchałam muzyki, która wpasowała się idealnie w mój nastrój. To był ten moment.
Wróciłam z pełnymi siatami i szczęśliwa.
 A w głowie miałam ciągle muzykę:


niedziela, 14 lipca 2013

Pod włos



Toniemy we włosach. Są wszędzie. Na łóżku, na Krasnalach, w pieluchach, na pieluchach, w wózku, na ubrankach, pod prysznicem, w wanience, na kosmetykach, na rękach, na stole. Winnam temu ja. Na fotelikach, bujaczkach, matach edukacyjnych, poduszkach, na misiach i wszystkim, co z założenia jest krasnalowe. Winien temu kot. A właściwie kotka, bo tu chyba płeć też ma znaczenie.  Nie wiem tylko dlaczego mnie tych włosów wyraźnie ubywa, a kot wydaje się wyrzucać je z worka, bo na sobie wciąż ma tyle samo. Do tego sprawdza się u nas idealnie powiedzenie „Chcesz wiedzieć, jakie miejsce jest w Twoim domu najwygodniejsze, zobacz gdzie śpi Twój kot”. U nas najwygodniejsze okazują się być sprzęty dziecięce. Jeśli tylko odpowiednio nie zabezpieczymy miejsc, z założenia które powinny być sterylne, wtedy miejsca te stają się futrzane. Stąd też nasze mieszkanie, oblężone przez wszystko co kolorowe, grające, piszczące i miękkie (patrz: dziecięce) albo opatrzone jest plastikowymi reklamówkami (działa na kota i na mnie, kot się boi szelestu, więc omija szerokim łukiem, ja dostaję szału, bo wygląda jakby wybuchło u nas Tesco) albo jest w kolorze kociej sierści. Rady nie ma. Krasnale chyba już przyzwyczaiły się do życia „na i pod włosem”, zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że innego życia nie znają. Także niedługo ja łysa, Krasnale obłożeni zewsząd owłosieniem niekoniecznie ich, uczynimy z kota naszego testera miękkości. Bo ostatnio nawet gondolki wózkowe przetestowała… no comments.