środa, 3 lipca 2013

Dwanaście nowych prawd



Czasami człowiek musi sobie przerwę strzelić. Zdarzają się przerwy z wyboru, zdarzają się z musu. Moja była po połowie. Rozważane było nawet piękne zakończenie pisania, bo się ostatnio monotematycznie zrobiło, a lepiej nie będzie. Pytanie ile można pisać, a co więcej, ile można czytać o tym samym. No ale póki co pomysł zawieszony. Bo też już ponad trzy miesiące minęły i tak jakoś na podsumowanie ostatnich tygodni się wzięło.
Po pierwsze to się człowiek psuje. Może jakiś pstryczek mu się zacina albo gdzieś nie styka, ale jak tylko znajdzie się w pozycji siedzącej, półsiedzącej, półleżącej, podpartej, a już nie daj Boże leżącej to się wyłącza. Zero prądu, nul. Świadomość odcięta, usta otwarte, ślina cieknie i brak kontaktu. Gwarancja już nie obejmuje tego typu napraw, więc zostaje wierzyć, że minie albo sprzedać się na allegro z opcją „używane”.
Po drugie każda migająca, zaczepiająca, oznajmująca reklama internetowa kierowana bezpośrednio do mnie jest o łóżeczkach, pieluchach, grzechotkach albo śliniakach. Konkluzja jest jedna – dla świata konsumpcji spisana jestem na straty. Tak więc od dzisiaj rzeczy będę nosiła zawinięte w pieluchy, jeździć będę na łóżeczku, dzwonić będę z grzechotki, a ubierać w śliniaki.
Po trzecie człowiek porannego prysznica nie bierze, on go dosłownie spotyka w przelocie. Zaczyna nawet myśleć o namydleniu się podczas szybkiego przełykania zbyt ciepłej (bo właśnie zrobionej, a potem nie będzie już kiedy pić) lub zbyt zimnej (bo nie było kiedy pić wcześniej) kawy (oczywiście zbożowej). Pogania w myśli wodę, żeby szybciej leciała, ręcznik, żeby szybciej suszył i przeklina balsam, bo po tylu latach przyjaźni dalej nie chce się wsmarować sam.
Po czwarte śniadanie, obiad, kolację, podwieczorek i deser je się razem w jednym posiłku wieczorem, kiedy 50% rodziny śpi. Potem robi się niedobrze, więc luz, minie na wieczór i w sam raz…
Po piąte sztuka zgrabnego pakowania rzeczy i ograniczanie ilości przedmiotów wynoszonych z domu na spacer/wizytę to taka sama iluzja jak lek na cellulitis. W obu przypadkach nie działa. Ja naprawdę nie wiem jak to jest możliwe, ale ilość rzeczy wkładanych, potem wyciąganych, znowu wkładanych (zwykle ilość się nie zgadza i potem trzeba wracać w opuszczone wcześniej miejsce po sztukę zapomnianą) jest trylionowa. Myślę o zakupię rikszy albo małego wielbłąda, ktoś to przecież tachać musi, a mnie niedługo plecy pękną, więc na niewiele się przydam.
Po szóste każdy lubi łysinę, prawda? Bo moja głowa chyba właśnie postanowił wyzbyć się ubrania. Codziennie striptiz, a ja poszczególne części garderoby wyciągam garściami.
Po siódme im większe Krasnale tym większe współczucie wzbudza się wokoło. Już nie tylko gimnazjaliści komentują. Pytania „i jak?”, „dajesz radę?”, „jest ciężko?” uważam już za retoryczne.
Po ósme chociażby nie wiem jak się zaklinało, starało i straszyło, mieszkanie się samo nie chce posprzątać za nic. Nie działają groźby, opuszczenie, nie działa olewanie. Ono złośliwie pozostaje nietknięte, co najwyżej wyskubie z siebie jeszcze ze sto kłaczków.
Po dziewiąte wyprasowane ubrania to się widzi na bezdzietnej sąsiadce i na swoich dzieciach. Siebie i tak się nie ogląda, więc w sumie bez strat.
Po dziesiąte jak mnie ktoś w nocy obudzi (musiałby się tylko wbić w te przerwy między niespaniem) i każe zanucić jakąś melodię to na mur beton będzie to melodyjka z bujaczka. Myślę, że tak samo ma sąsiad, z którym mamy okno w okno. Upały są, okna otwarte, a muzyczka się niesie. Krasnale ją kochają to my niewiele mamy do gadania. Zresztą i tak już się pogodziłam z utratą kontaktów sąsiedzkich, więc co mi szkodzi.
Po jedenaste czas na pisanie mocno się skraca…
Ps. Co z tym facebookiem? Zakładać? Tylko w sumie po co blogowi profil na portalu? Bo po dwunaste traci się bystrość umysłu chyba.

wtorek, 4 czerwca 2013

Czas wolny?



Tak więc są chwile, kiedy można przypomnieć sobie, jak wyglądało życie w erze przedkrasnalowej. Z tego też powodu postanowiłam wspomnieć o czymś nie związanym z dziećmi. Wyzwanie podjęte!
Co robi więc człowiek zwany matką? Idzie wreszcie do F-R-Z-J-E-R-A!!!!! Tych, których imienia w tym poście wymieniać nie można zostają spakowani do swojego pojazdu i sprzedani rodzicowi numer dwa (numeracja nie ma nic wspólnego z hierarchią ważności w rodzinie). Ten optymistycznie postanawia przeczekać z potomkami moją wizytę spacerując w okolicy, obyśmy potem Oni i ja w wersji nju wrócili pod rękę do domu. Rodzic numer dwa, zwany częściej Zaślubionym, został poinformowany o tym, ile taka wizyta trwa, ale pozostał niewzruszony. Podejrzewam, że założył, iż wizyta to wizyta. Ale nic bardziej mylnego!!!! To nie tylko mycie, farbowanie i obcinanie. To również rozmowa, układanie włosów, czytanie gazety (ile się może zmienić w szoł biznesie przez 10 tygodni!!!!!!!!!!), delektowanie się chwilą dla siebie pod suszarką i obserwowanie innych bez konieczności pchania czegokolwiek.
Zatem kiedy ja zasiadłam i zaczęłam rytuały wyboru koloru, decyzji podciąć 5 czy 50 cm, Zaślubiony zaczął rundkę spacerową, gdzie okno salonu fryzjerskiego było w połowie drogi. Ponieważ usiadłam tak, że w lustrze doskonale widziałam co się dzieje po zewnętrznej stronie obserwować mogłam ilość okrążeń pokonywanych przez wyżej rzeczonych. Pierwsze – wybieram gazetę, drugie – wybieram kolor, trzecie – kolor zostaje nakładany, czwarte – nakładany zostaje kolor na kolor (chcemy bowiem uzyskać refleksy), piąte – czekam aż farba wsiąknie, szóste (podejrzewam, że jest siódmym, ponieważ dłuższy czas spędziłam z głową w myjce) – włosy są suszone, siódme (lub ósme) – trwają przygotowania do podcięcia…i tu następuje pewna zmiana. W wózku widoczne stają się pewne ruchy, które z doświadczenia wiem, że wiążą się również z dość donośnym wyciem tych, których imienia wciąż wymieniać nie można. I tak okrążenie ósme (lub dziewiąte) jest już w konfiguracji- Zaślubiony pchający wózek i trzymający jednocześnie jednego z TYCH, co o nich właśnie NIE piszę w pozycji samolot. Okrążenie kolejne to ta sama konfiguracja, tyle że samolotem obciążona druga ręka (prowadzenie boeinga to jednak wyzwanie), po czym następne okrążenie to już klasyczne Zaślubiony i dwie ręce na wózku, a do tego sms: „Sytuacja opanowana”. Po trzech godzinach, po których  wychodzę szczęśliwa, odświeżona, naenergetyzowana jedno jest pewne – z całej nasze czwórki tak czuję się tylko ja. Cała jednak sytuacja pokazał mi, że:
- czas TYLKO dla siebie to jednak ważny element życia
- włosy po wyjściu od fryzjera układają się zdecydowanie lepiej niż po umyciu
- faceci nigdy nie zrozumieją co można robić TYLE czasu u fryzjera, nawet jak się mu to wyjaśni
- pisanie postów bez wspominania o Krasnalach to raczej rzecz niemożliwa.

piątek, 31 maja 2013

Liebster blog



Nominacja do Liebster blog


Poczułam się wyróżniona dzięki Agnieszce: http://moc-cynamonu.blogspot.com/2013/05/nominacja-do-liebster-blog-pewnie.html
Ponieważ po pierwsze to fajna zabawa, a po drugie miło, jak ktoś Cię zauważy od razu biorę się do roboty. A jako że jest to dość nietypowy post to jeszcze podziękuję tym, którzy zaglądają, a przede wszystkim tym, którzy komentują- aż chce się pisać, że Wam się chce;)

Zasady Liebster Blog :

Liebster blog jest wyróżnieniem otrzymywanym od innego blogera w ramach uznania za dobrze wykonaną pracę. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również nominuje 11 osób i zadaje im 11 pytań(informację zostawiamy im na blogu). Nie należy nominować bloga, od którego otrzymało się wyróżnienie. Nominacji podlegają blogi z mniejszą ilością obserwatorów, dzięki temu istnieje możliwość ich rozpowszechniania.

1. Gdybym mogła zniknąć na godzinę - gdzie bym była?
Najchętniej nad morze posłuchać fal, pomarznąć i przepuścić piasek przez palce, ale znając swoje teraz zniknęłabym w kołdrze podczas próby dostania się tam na tą godzinę .

2. Gdyby czas się zatrzymał to...
To bym się tak wyspała, że… o ja, może jakoś ten czas da się zatrzymać?

3. Gdybym wyszła za swoją pierwszą miłość?
To Thomas Anders jest dalej wolny?

4. Wolny czas spędzam…
Przepraszam, wolny co?

5. Nie mogę żyć bez...
Powietrza. Próbowałam, no się nie da!

6. 3 rzeczy, które wkurzają mnie w znajomych
Niedyskrecja, spóźnialstwo i marudzenie. Resztę chyba u znajomych można znieść…

7. Co w Tobie cenią bliscy?
Nie pytałam… serio! Mam zapytać?

8. Najpiękniejsze miejsce na ziemi to?
Buenos Aires. Kropka, amen, the end.

9. Czym dla Ciebie jest miłość?
Wszystkim.

10. Największe marzenie?
Podobno tego się nie zdradza. Ale na wypadek, gdyby zamarzyło mi się zostać miss to już poćwiczę – pokój na świecie!

11. Motto życiowe?
Jutro to dziś, tyle że jutro.

Do Liebster Blog nominuję (trochę nie patrząc na liczbę obserwatorów, a na to, że odwiedzam i polecam):

http://www.thenightswimming.blogspot.com/

A pytania:

1.       Gdybyś miała możliwość z kim najbardziej chciałabyś szczerze porozmawiać?
2.       Bloga piszesz, bo…?
3.       Wymarzony relaks to?
4.       Największą inspiracją jest dla Ciebie…?
5.       Książka, którą polecić możesz wszystkim to…?
6.       Nigdy nie zrezygnowałabyś z…?
7.       Jaki blog odwiedzasz najchętniej?
8.       Przede wszystkim jesteś…?
9.       Czesław Niemen czy Hey?
10.    Czarny czy biały?
11.   Czy nie masz już dość odpowiadania na te pytania?:)

poniedziałek, 27 maja 2013

Bo rozwój trzeba stymulować



W mądrych książkach i artykułach to piszą, że do dzieci trzeba mówić dużo i stroić miny. Jako że matką chcę być dobrą to codziennie puszczam Krasnalom wiązankę słów, opowiadając im o wszystkim przez co podejrzewam, że ich pierwsze słowa będą brzmiały „Matka, przestań!”. Takie trejkotanie ma też pewien subtelny, aczkolwiek znaczący oddźwięk – zaczynam ogólnie mówić jak do dziecka. Nawet kiedy śpią gadam w przestrzeń, kładąc siatkę na stole w powietrze rzucam „Hopa!”, malując się (zaznaczam, że jestem wtedy w łazience sama) zaczynam tłumaczyć krok po kroku- „teraz nałożymy sobie róż, o właśnie, a teraz tusz, oooo i już…”. Łapię się nawet na tym, że gadam robiąc zakupy… więc, szanowni czytelnicy, jeśli kiedyś zamilknę to pewnie mnie zamknęli.
Z tym strojeniem min to jest jeszcze gorzej. Bo faktycznie efekty daję, kiedy pochylając się nad Krasnalem. Wykrzywiam twarz (zmarszczki mimiczne Welcom to!) i wtedy bach! Krasnal przekręca głowę, marszczy czoło… zastanawia mnie tylko czy jest to okaz zaciekawienia czy też rozmyślania w stylu „Czy ją już zupełnie pogięło?”. Za każdym razem bowiem, kiedy tak się nachylam z wyrazem twarzy jak stwór z ciastoliny oczami wyobraźni widzę, jak wyglądam. Jeśli ktoś z Was nie wie lub ma wątpliwości polecam zerknięcie w lusterko z góry. Ostrzegam tylko, że życie już nigdy nie będzie takie samo.  Tak więc – kiedy idąc drogą spotykacie kobietę z potrójnym ombre, mówiącą do siebie i z miną Plastusia to macie pewność- właśnie się minęliśmy. Pewnie będę jeszcze pchała przed sobą wózek.
Wszystko to dotarło do mnie dzisiaj, kiedy to spędzając kolejny dzień z Krasnalami w oczekiwaniu na powrót Zaślubionego, pokazywałam im widok z okna. To, co rzuciło mi się w oczy to widok trzech mężczyzn naprawiających balkony bloku sąsiedniego. Ponieważ z rusztowania wymienieni Panowie mieli genialny widok na nasze mieszkanie z zaciekawieniem obserwowaliśmy się wzajemnie. Ewidentnie wrażenie zrobiło na nich, że ciągle łażę do okna z dzieckiem na rękach, do tego stroję do niego miny, dziób mi się nie zamyka, a dziecko co pięć minut przebieram (podejrzewam, że wieści o powiciu bliźniaków na rusztowanie jeszcze nie doszła). No więc tak sobie przez te osiem godzin stali, przeżuwali kanapki , popalili papierosy, dwa razy majtnęli młotkiem i zeszli ze zmiany. A ja, zostając niezmiennie od 10 tygodni na tej samej zmianie, doszłam do wniosku, że chyba pozwolę Krasnalom w przyszłości naprawiać balkony.

środa, 22 maja 2013

O spotkaniach i skokach



Nie odrobiłam chyba do końca zadania domowego przed przyjściem na świat Krasnali, bo pominęłam gdzieś wątek skoków rozwojowych. Tym większe było moje zdziwienie, że kiedy mówiłam o marudnych nocach i jeszcze marudniejszych dniach Krasnali każdy pytał mnie czy to nie skok. No więc skoczyłam po wiedzę, dowiedziałam się co i jak, a nawet gdzie i się sprawdziło. Wprawdzie wykres pokazujący ilość i długość skoków przyprawia mnie o palpitację serca, bo jeden marudzący Krasnal to wyzwanie, ale dwa to tsunami.
Jeśli więc faktycznie po takich dniach, kiedy nic nie pasuje, nic się nie podoba, nic nie jest dobrze, Krasnal Krasnalowi wilkiem, mama to już najgorsze z najgorszych (tata nie lepszy), spacer to zawracanie głowy, a noszenie na rękach złem koniecznym to wczoraj Krasnale zaliczyły skok milowy. I to taki, że mam podejrzenia, że jutro pójdą o własnych nogach do szkoły wyliczać równania matematyczne. Nie wiem jeszcze co i jak dzisiaj, bo po pobudce śniadaniowej zasnęły znużone, a ja boję się ich obudzić, no bo jak był to TAKI skok to mogę usłyszeć niezłą wiązankę za to, że śmiałam ich wyrwać z drzemki, a potem one sobie ubiorą spodnie i sobie pójdą i Zaślubiony mi tego nie wybaczy.
Jest jeszcze gorsza wersja – przygotowania do skoku nadal trwają, a wtedy grozi mi eksmisja z mieszkania ze strony sąsiadów. Zresztą wtedy chyba sama pokornie się spakuję i odejdę. Także drżącym wzrokiem zerkam na zegarek i czekam na godzinę „0”, kiedy to głód zarządzi otwarcie oczu i wydanie z siebie sygnału, która wskaże nam resztę dnia, a i moje być czy nie być... matką, sąsiadką i człowiekiem słyszącym (ilość decybeli używanych przed skokiem zagraża zdrowym bębenkom).
A zapowiadało się tak pięknie, kiedy to w słoneczną niedzielę pełną zgrają udaliśmy się na powitanie w naszych progach Broszkę i jej resztę pięknej rodziny! Przemierzając miasto podwójnym wózkiem razy dwa wywoływało zdumienie, ale co tam – w matkach bliźniaczych siła! Z Zaślubionym spoglądaliśmy na wesołe Lusie, rzucające co chwila uśmiechem i chłonęliśmy co i jak, kiedy, po co i dlaczego. Ja czerpałam z wiedzy mamy Broszki, z ulgą uświadamiając sobie, że inne matki też tak mają, że będzie dobrze, że niekoniecznie jest tak, że własne dzieci mnie nie lubią. Z ulgą, natchniona, a do tego jeszcze potwierdzona, że kto dobrze pisze musi być doborowym towarzystwem postanowiłam iść dalej za ciosem danym przez los, bo potem może też będę widzieć uśmiechy Krasnali, a sama będę miała żurnalową figurę. A spotykając na drodze inne kobiety pchające przed sobą dubeltowy bolid (podczas spaceru z Broszką raczona Pani od komentarza „Ło matko, następna” miałaby pożywkę dobrych pare razy)pokaże im wzrokiem, że to muszą być osoby wyjątkowe! A co! Jeśli natomiast nie otrzymam odpowiedzi będzie to znaczyło jedno – idzie skok.
Tymczasem kończę ten wpis i idę do jaskini lwa. Jeśli nie wrócę…