Po prawie dwóch miesiącach wyjętych z życiorysu zaczęłam
wychodzić na prostą. Powoli i mozolnie, ale wychodzę. Rano w dalszym ciągu
wydaje mi się, że ktoś położył mi kamień ważący tonę na głowę, a to w lustrze
to nie mogę być ja, ale tendencję widzę wzrostową. Dlatego też postanowiłam
mieć teraz trochę czasu dla siebie.
Czasem dla siebie nazywam okres, kiedy się sama odrobinę podopieszczam –
zrobię kurację na włosy, o jakiej myślałam od dłuższego czasu (wykonano), kupię
tusz do rzęs, który jest dla mnie absolutnym numerem jeden (wykonano),
zastosuję sobie dietę, o jakiej już jakiś czas myślałam (w trakcie
wykonywania), zdecyduje się na makijaż permanentny oczu- szczyt lenistwa, ale
dla dobra poranka (w trakcie rozważań nad wykonaniem), znajdę sposób, żeby 8
godzin w pracy mijało mi szybciej, a reszta po pracy wolniej (w trakcie
poszukiwań), nauczę kota sprzątać mieszkanie (opór materii- obawiam się, że
niewykonalne, ale wiarą świat budowano), jak nie nauczę kota to znajdę sposób
na autosprzątanie, jakie mieszkanie będzie przeprowadzało samo (odroczone na
czas nauki kota), do swojej garderoby dodam nowe sukienki i buty na obcasie, a
wyrzucę to, w czym nie chodzę (wykonano połowicznie- nowe rzeczy zakupione,
stare ciągle w szafie) i wreszcie nadrobię braki towarzysko-książkowe
(odroczone do czasu wyspania).W planie jest jeszcze jakiś szybki wyjazd, zabieg
na twarz (na który wybieram się od jakiś dwóch lat) i powrót do regularnych
ćwiczeń, od których przez ostatni miesiąc zdążyłam odwyknąć. No i może w
międzyczasie odpocznę…
czwartek, 19 lipca 2012
wtorek, 19 czerwca 2012
O nicnierobieniu
Zaślubiony wyjechał. Wyjechał tak, że postanowiłam dać mu maksimum kawalerskiej swobody. Postanowienie było proste- on jedzie, ja zostaję, nie dzwonię, nie piszę, niech się Zaślubiony bawi. Ja w tym czasie postanowiłam robić NIC. Wizja całego łóżka dla siebie, totalnie wolnego weekendu od wszelakich zobowiązań pracowniczo – szkolnych, piękna pogoda i zero rozterek typu „co zjeść, żeby oboje byli zadowoleni”. W mojej wizji w poniedziałek widziałam się wypoczęta po błogim i słodkim lenistwie przerywanym spokojnymi spotkaniami towarzyskimi.
Piątek nawet dawał nadzieję. Po pracy kulturalne domowe spotkanie przy własnoręcznie robionych smakołykach. Lampka wina dla smaku i subtelne pożegnanie świeżo po północy. Potem ogarnięcie mieszkania, prysznic i sen. W perspektywie miałam poranną pobudkę o porze, którą zwykle znam z powrotów po tanecznych wieczorach. No i wstałam. Tyle że jakoś mniej radośnie niż miałam w wizji, a bardziej wkurzona na to, że podjęłam się czegoś, co wymagało wstania w środku fazy REM. No i do tego całą noc przespałam skulona na mojej połowie łóżka. Drugą połowę zgrabnie zajął Jaśnie Pani Kot, która mimo zdecydowanie mniejszych gabarytów zajęła zdecydowaną większość powierzchni. Ok, w kolejną noc to zmienię. Pierwszy rzut oka w lustro i już wiem dlaczego to nie moja pora. Próbuję jakoś ogarnąć to co widzę zimną wodą- nie działa, ciepłą wodą- nie działa, krem- nie… trudno. Przypominając bardziej pokemona niż siebie pojechałam, poćwiczyłam i odzyskałam humor. Świecące słońce, multum czasu i wizja dwóch wolnych dni napełniła mój optymizm. Wracając do domu zdążyłam nawet wymienić żarówkę z aucie, kupić na targu truskawki, wysłać list i puścić totka. Po powrocie do domu szybki skok na odkurzacz, płyn do podłóg, mopa i szmatki, potem nauka i nagle z całego dnia zrobił się wieczór. Nie tak miało być, ale ok. W ramach akcji „zrób coś dla siebie” postanowiłam w doborowym towarzystwie zobaczyć, jak wychodzimy w Euro z grupy. Ponieważ wynik nie zadowolił mnie i ponad połowy miasta musiałyśmy iść ku pocieszeniu. Plan był prosty- jeden napój i do domu. Tu opisać niewiele mogę, bo z napoju zrobiły się tańce i spotkania towarzyskie, a powrót wraz ze wschodem słońca zapierał dech w piersiach, czego nie można powiedzieć o pobudce, ciężarze głowy i samopoczuciu. Życie kibica jest jednak potwornie wyczerpujące… W ramach relaksu i zapomnienia o tym, jak cierpię, zaczęłam swój taniec z mopami i szmatkami, a potem romans z nauką o funkcjach mózgu (swoją drogą o ile szczęśliwsza byłaby nie wiedząc pewnych szczegółów z anatomii…). Ponieważ stan ciała oraz pogody nie pozwolił mi na skupienie postanowiłam przewietrzyć swoje ciało przypominające bardziej zwłoki na rowerze. Postanowiłam wypocić to, co zostało we mnie z wczoraj. No i wypociłam, razem z tym co zostało we mnie z ostatniego tygodnia. Po powrocie prysznic, sen i pobudka z zakwasami w przykurczonej pozycji na mojej stronie łóżka.
W poniedziałek czułam się, jakbym na swoich plecach przeniosła tony węgla (podejrzewam, że to takie uczucie, chociaż na plecach nigdy węgla nie nosiłam). Męczące jest jednak NIC nie robienie…
Piątek nawet dawał nadzieję. Po pracy kulturalne domowe spotkanie przy własnoręcznie robionych smakołykach. Lampka wina dla smaku i subtelne pożegnanie świeżo po północy. Potem ogarnięcie mieszkania, prysznic i sen. W perspektywie miałam poranną pobudkę o porze, którą zwykle znam z powrotów po tanecznych wieczorach. No i wstałam. Tyle że jakoś mniej radośnie niż miałam w wizji, a bardziej wkurzona na to, że podjęłam się czegoś, co wymagało wstania w środku fazy REM. No i do tego całą noc przespałam skulona na mojej połowie łóżka. Drugą połowę zgrabnie zajął Jaśnie Pani Kot, która mimo zdecydowanie mniejszych gabarytów zajęła zdecydowaną większość powierzchni. Ok, w kolejną noc to zmienię. Pierwszy rzut oka w lustro i już wiem dlaczego to nie moja pora. Próbuję jakoś ogarnąć to co widzę zimną wodą- nie działa, ciepłą wodą- nie działa, krem- nie… trudno. Przypominając bardziej pokemona niż siebie pojechałam, poćwiczyłam i odzyskałam humor. Świecące słońce, multum czasu i wizja dwóch wolnych dni napełniła mój optymizm. Wracając do domu zdążyłam nawet wymienić żarówkę z aucie, kupić na targu truskawki, wysłać list i puścić totka. Po powrocie do domu szybki skok na odkurzacz, płyn do podłóg, mopa i szmatki, potem nauka i nagle z całego dnia zrobił się wieczór. Nie tak miało być, ale ok. W ramach akcji „zrób coś dla siebie” postanowiłam w doborowym towarzystwie zobaczyć, jak wychodzimy w Euro z grupy. Ponieważ wynik nie zadowolił mnie i ponad połowy miasta musiałyśmy iść ku pocieszeniu. Plan był prosty- jeden napój i do domu. Tu opisać niewiele mogę, bo z napoju zrobiły się tańce i spotkania towarzyskie, a powrót wraz ze wschodem słońca zapierał dech w piersiach, czego nie można powiedzieć o pobudce, ciężarze głowy i samopoczuciu. Życie kibica jest jednak potwornie wyczerpujące… W ramach relaksu i zapomnienia o tym, jak cierpię, zaczęłam swój taniec z mopami i szmatkami, a potem romans z nauką o funkcjach mózgu (swoją drogą o ile szczęśliwsza byłaby nie wiedząc pewnych szczegółów z anatomii…). Ponieważ stan ciała oraz pogody nie pozwolił mi na skupienie postanowiłam przewietrzyć swoje ciało przypominające bardziej zwłoki na rowerze. Postanowiłam wypocić to, co zostało we mnie z wczoraj. No i wypociłam, razem z tym co zostało we mnie z ostatniego tygodnia. Po powrocie prysznic, sen i pobudka z zakwasami w przykurczonej pozycji na mojej stronie łóżka.
W poniedziałek czułam się, jakbym na swoich plecach przeniosła tony węgla (podejrzewam, że to takie uczucie, chociaż na plecach nigdy węgla nie nosiłam). Męczące jest jednak NIC nie robienie…
czwartek, 3 maja 2012
Decyzja decyzję goni
Proces decyzyjny to u mnie spore wyzwanie. Nie wiem czy zabrakło czegoś w moim wychowaniu, a może niosę za sobą jakąś ukrytą traumę, ale dokonanie jakiegokolwiek wyboru z mojej strony to czas wydłużony, podczas którego następuję milion zmian frontów i rezygnacji. Oczywiście doprowadzam tym do furii Zaślubionego, który z opisywanym tu symptomem nie ma nic kompletnie wspólnego. Co więcej, Zaślubiony potrafi w 5 sekund określić swoje stanowisko w tak ważnych kwestiach jak wybór menu czy sposób spędzenia wolnego czasu. U mnie w momencie startu wydawania werdyktu rusza lawina myśli i analiz. No bo jeśli wybiorę z menu łososia, a on będzie niewypieczony- będę żałować. A jeszcze, nie daj Panie, ktoś obok zamówi coś innego, co okaże się lepsze i smaczniejsze to mój łosoś w ogóle straci na smaku. Jeśli jednak zmienię decyzję to oznacza to zbyt wiele analiz, bo przecież chciałam cały dzień łososia. No właśnie, ale czy chciałam czy sobie to wmówiłam? Może zamiast dietetycznej ryby warto zainwestować w tłuste frytki? Wreszcie podchodzi kat w postacie kelnerki i czas mojego wskazania kciukiem- życie lub śmierć. Zaślubiony patrzy oczami pełnymi mieszanki politowania i niecierpliwości, a we mnie się kotłuje. Tik tak tika tak i nagle z moich ust wylatuje: sałatka grecka. Nie wiem kto to wcisnął w moje gardło, ale na pewno nie ja. Skąd mi się to wzięło? Przecież rozważałam między łososiem a frytkami… Niczego nieświadoma kelnerka odchodzi, a ja zostaję z wizją kolacji z nędzną porcją warzyw i dwiema oliwkami. Nie, to nie mogła być dobra decyzja! Odszukuję wzrokiem Bogu Ducha Winną obsługującą i zmieniam. Siadam dumna, wzrok Zaślubionego, obytego już w moich podchodach, mówi sam za siebie, a ja staram się już nie rozważać. Jedynie pławić się w tym, jak to sprytnie rozegrałam. A na Zaślubionego nie zwracam uwagi. Zresztą i tak wiem, że kiedyś mnie za to udusi, więc po co zawczasu się nad tym rozdrabniać.
sobota, 28 kwietnia 2012
Uczyć się trzeba
Od jakiegoś czasu, a właściwie na kilkanaście miesięcy po zakończeniu systemu edukacyjnego stwierdziłam, że najlepsze jest późne studiowanie. Pamiętając sesje, w których uczyłam się w przerwach pomiędzy wycieczkami, zabawami, tańcami i innymi rozrywkami (na naukę pozostawało naprawdę niewiele) po czasie byłam zwolenniczką teorii, że jak nauka to tylko świadoma, a jak świadoma to najlepiej jak już się człowiek ustabilizuje, wyszumi, odnajdzie, zdecyduje. No bo przecież chodzi o to, żeby uczyć się z wyboru, żeby studia nie były tylko zdobywaniem wykształcenia, ale przede wszystkim pogłębianiem wiedzy. A skoro tak to studiując świadomie nie uczysz się tylko przed egzaminem, ale w wolnym czasie, czytasz literaturę nie z musu, a z chęci, poświęcasz się wybranej dziedzinie, a prace piszesz z ochotą, pasją i zaangażowanie. Taaa…
No i przyszła kryska na Matyska. Zaczęłam studia. Drugie. No i teraz masz babo placek- studiuj sobie lekko, łatwo i przyjemnie, z pasja , ochotą i gracją. Zaczęło się nawet nieźle, wybrałam kierunek, który mnie ciekawi. Nakupowałam stertę książek popchana pierwszym powiewem wiary, że będzie tak, jak sobie wymyśliłam. Pierwszy próg- ja tych książek nie mam gdzie dać! Poupychałam je po półkach i piramidkami na biurku, które w zamyśle miało służyć do pisania prac, czytania z zakreślaniem i innych działań naukowych. Taaa…
Potem pierwsza sesja. Przyszła za szybko, nieplanowana i znienacka. Na każdy egzamin miałam po dwa dni, książek do nich znaleźć nie mogłam w stercie upchanych. Potem nauka- pierwsza noc zakończona kapitulacją, budzę się o z twarzą na książce. Wiedza zamiast wejść do głowy odbija się na policzku. Nieprzytomna idę do pracy przeklinając każdą sekundę, w której zdecydowałam się studiować. Druga noc- coś tam się udaje, ale czasu za mało o co najmniej kilka takich wieczorków. No i finał- na egzamin idę jak dziewczyna z książki Millenium, tyle że zamiast tatuaży moje ręcę pokryte są w całości urywkami wykładów i fragmentami książki. Z nerwów lekko pocą mi się dłonie, które przykładam do bluzki i voila! Mam ściągę na swoim ubraniu, tyle że w lustrzanym odbiciu. Pisząc czuję się jak w podstawówce, coś próbuję sobie przypomnieć, coś odpisać, a coś przepisać. Jakoś poszło, ale ego cierpi. Obiecuję sobie, że to ostatni raz, kolejna sesja będzie wyglądać inaczej! Taaa…
Popchana kolejnym pędem wiary znów kupuje książki, tym razem trochę mniej, bo mam do przeczytania jeszcze te z zeszłego semestru. Baaa, nawet zeszyt sobie lepszy kupuję. I długopisy! A wszystkiego zaczynam używać na dwie noce przed egzaminami. I znów przeklinam swój pomysł ze studiowaniem, no i swoje lenistwo w czasie ostatnich miesięcy, chodzę na pół przytomna. Na egzaminach powtórka z rozrywki, dorośli ludzie psikają po sobie, szeptają i zachowują się jak swoje własne dzieci. Ale jakoś się udaje. Więc łapię trzeci wiatr w żagle, postanawiam nie kupować książek tylko pościągać z gryzonia. Więc tym razem tonę w wydrukach… Ale poza tym nie zmienia się nic.
Więc ogłaszam wszem i wobec- człowiek z wiekiem się nie zmienia. Może i ma świadome podejście- jest świadomy tego, że jak się zachowywał w podstawówce, tak i zachowuje się teraz. I kropka. Powiedziałam ja zapisując się na trzecie studia. I się cieszę, Do następnej sesji.
czwartek, 5 kwietnia 2012
Widzialne niewidzialne
Nie wiem, jaka jest magia zmywarek, pralek, koszów na brudne ubrania i desek sedesowych, która sprawia, że mężczyźni ich nie zauważają. Nie wiem czy to wina tęczówek lub siatkówek w oczach, a może samego mózgu (bo ponoć ma płeć), być może w średniowieczu nie wykryto jakiejś epidemii, której objawy mają dzisiaj swój finał- wiem jednak na pewno, że dla mężczyzn te przedmioty kompletnie same nie istnieją. Istnieją natomiast w koegzystencji z kobietą. A właściwie jako jeden z elementów składowych kłótni i pretensji. Widzą zmywarkę, kiedy kobieta robi awanturę o naczynia w zlewie (mimo, że miedzy zmywarką a zlewem jest odległość jakiegoś mikrocentymerta), widzi kosz na brudy, kiedy spór toczy się o skarpetki i koszulki zlokalizowane: pod łóżkiem, na ziemi, dwa minimetry od kosza na brudy , na fotelu, w łazience. Pralkę widzi, kiedy kobieta toczy batalię o niepowieszone pranie schnące, a właściwie kiszące się w bębnie, mimo że wszystkie pralkowe diody komunikują zakończenie procesu czyszczenia. O desce sedesowej może i kiedyś słyszał, ale najczęściej podczas słów kobiety tłumaczącej (w mniej lub bardziej dosadny, głośny/cichy, spokojny/nerwowy sposób) do czego służy ten sprzęt.
Na obronę mężczyzn wspomnę, że po kilku razach wspomnień/ upomnień/ próśb/ błagań/cichych godzin i temu podobnych następuję klik w polu widzenia i przedmioty te zaczynają mgliście majaczyć na horyzoncie. Nigdy jednak razem, w tym samym natężeniu i z tą samą starannością.
W przypadku Zaślubionego wszystkie wyżej wymienione elementy są już znane, rozpoznawalne, a niektóre już współgrają z Męskim Światem. Są jednak pewne powody, przez które nie mogę wymagać zbyt wiele. Bo ostatnio pojęłam- należy zgłębić filozofię i wszystko stanie się jasne. Przykład?
Zaślubiony co rano zostawia w zlewie każde pojedyncze naczynie, jakie użył w trakcie porannego śniadania. Ja, z racji tego, że nasz czas rozpoczęcia pracy różni się o godzinę wkładam je potem do zmywarki, ale każdego dnia czara goryczy z pytaniem „dlaczego nie wkłada tego osobiście” jest coraz bardziej kipiąca. Wreszcie nastaje ten ranek, kiedy pytam:
- Dlaczego nie chowasz nigdy rano naczyń do zmywarki?!
- Bo nie lubię rano wstawać.
Przyznam szczerze- tego nie połączyłam, na to nie wpadłam i tego nie przewidziałam we wszystkich możliwościach odpowiedzachi. Dlatego chylę głowę i nie odzywam się już w tym temacie. W końcu ja wciąż nie wiem czym jest pasek rozrządu i pewnie dlatego nie mogę niczego znaleźć w torebce, a przez to, że nie wiem na czym polega spalony w meczach piłkarskich tak bardzo nie lubię wątróbki. I wyjaśnione.
Na obronę mężczyzn wspomnę, że po kilku razach wspomnień/ upomnień/ próśb/ błagań/cichych godzin i temu podobnych następuję klik w polu widzenia i przedmioty te zaczynają mgliście majaczyć na horyzoncie. Nigdy jednak razem, w tym samym natężeniu i z tą samą starannością.
W przypadku Zaślubionego wszystkie wyżej wymienione elementy są już znane, rozpoznawalne, a niektóre już współgrają z Męskim Światem. Są jednak pewne powody, przez które nie mogę wymagać zbyt wiele. Bo ostatnio pojęłam- należy zgłębić filozofię i wszystko stanie się jasne. Przykład?
Zaślubiony co rano zostawia w zlewie każde pojedyncze naczynie, jakie użył w trakcie porannego śniadania. Ja, z racji tego, że nasz czas rozpoczęcia pracy różni się o godzinę wkładam je potem do zmywarki, ale każdego dnia czara goryczy z pytaniem „dlaczego nie wkłada tego osobiście” jest coraz bardziej kipiąca. Wreszcie nastaje ten ranek, kiedy pytam:
- Dlaczego nie chowasz nigdy rano naczyń do zmywarki?!
- Bo nie lubię rano wstawać.
Przyznam szczerze- tego nie połączyłam, na to nie wpadłam i tego nie przewidziałam we wszystkich możliwościach odpowiedzachi. Dlatego chylę głowę i nie odzywam się już w tym temacie. W końcu ja wciąż nie wiem czym jest pasek rozrządu i pewnie dlatego nie mogę niczego znaleźć w torebce, a przez to, że nie wiem na czym polega spalony w meczach piłkarskich tak bardzo nie lubię wątróbki. I wyjaśnione.
środa, 7 marca 2012
Hormon hormonowi hormonem
W celu wyjaśnienia mojego długiego niepisania (poza ostatnim cytatem, który był bardziej przepisaniem)- przyjechała, popracowałam, podzwoniłam do znajomych, poświętowałam urodziny i poszłam na stół chirurgiczny. Podziurawili mnie w uśmiech i posłali do domu. No i po raz kolejny w tym roku mam wolne od pracy. Ze względu na stan ponarkozowy i wciąż szwowy muszę z tymi niteczkami leżeć, więc wrażenie mam, jakby plecy miały mi wyjść nosem. Należałam się już na prawym i lewym boku, należałam się na plecach z nogami w górę i w dół, tak że chyba do 2013 będę już tylko spała na brzuchu albo podwieszona do sufitu jak nietoperz. Moja pozycja stojąca bardziej przypomina pozycję mojego stuletniego sąsiada, a tempo, w jakim chodzę po schodach umieszcza mnie z Nim w tej samej kategorii sportowej.
No i te hormony… Zaślubiony stara się na swoje plecy przejąć domowe obowiązki, w tym status kucharza rodzinnego. W pierwszy dzień telefon z pracy:
- Co kupić na obiad?
Pierwszy hormon w ruch- NIE BĘDĘ NIC JADŁA.
Ten sam dzień, drugi telefon, to samo pytanie:
- Co kupić na obiad?
Drugi hormon w ruch- ZAMÓWIMY COŚ!
W drodze z pracy trzeci telefon:
- Na pewno zamawiamy?
Trzeci hormon w ruch- NO PRZECIEŻ MÓWIŁAM!!!!
W domu Zaślubiony, pełen empatii prosi o wybór miejsca, z którego będziemy zamawiać. I tu czas na czwarty hormon, który odpowiada ze złością: NIE WIEM, CO MI SIĘ CHCE. Strzelam na oślep i rzucam: KEBAB! Zaślubiony wykonuje klików kilka na laptopie, bierze za telefon, ale piąty hormon jest szybszy i rzuca w moje usta: JEDNAK NIE CHCĘ KEBABA, CHCĘ ZIEMNIAKI Z PIEKARNIKA! Z empatii Zaślubionego już zostają jakieś skrawki, ale mężnie ubiera chwilę temu rozebrane jeansy (na rzecz spodni dresowych, z gołym tyłkiem jeszcze nie paraduje po domu) i wyrusza po ziemniaki, a mnie szósty hormon rzuca się na sumienie, po drodze zahaczając o oczy, więc zaczynam płakać. Na pytanie, zupełnie wyzbytego już z empatii, Zaślubionego, dlaczego płaczę, cały tłum hormonów odpowiada chórem: NIE MAM POJĘCIA…
I tak od tygodnia…
Do tego zamiast korzystać z dni bez pracy i regenerować ciało ja nie mogę spać. Leżę gapiąc się na sufit i w zależności od głównego hormonu albo myślę, jak jestem szczęśliwa lub jak bardzo jest mi źle. Zdarza się, że te dwie myśli występują zaraz po sobie w odstępie minisekundy (o ile tylko coś takiego istnieje). Nawet kot omija mnie szerokim łukiem, co nie umknęło moim hormonom i TAK STRASZNIE MI SMUTNO! A za chwilę nie jest mi smutno wcale.
Już prawie zapomniałam, że gdzieś byłam, bo hormony chyba wtedy były na urlopie w innym kraju, ale dalej za TYM miejscem tęsknie. Nie wiedziałam, że za miejscem można aż tak tęsknić. Chyba że to znowu te hormony…
No i te hormony… Zaślubiony stara się na swoje plecy przejąć domowe obowiązki, w tym status kucharza rodzinnego. W pierwszy dzień telefon z pracy:
- Co kupić na obiad?
Pierwszy hormon w ruch- NIE BĘDĘ NIC JADŁA.
Ten sam dzień, drugi telefon, to samo pytanie:
- Co kupić na obiad?
Drugi hormon w ruch- ZAMÓWIMY COŚ!
W drodze z pracy trzeci telefon:
- Na pewno zamawiamy?
Trzeci hormon w ruch- NO PRZECIEŻ MÓWIŁAM!!!!
W domu Zaślubiony, pełen empatii prosi o wybór miejsca, z którego będziemy zamawiać. I tu czas na czwarty hormon, który odpowiada ze złością: NIE WIEM, CO MI SIĘ CHCE. Strzelam na oślep i rzucam: KEBAB! Zaślubiony wykonuje klików kilka na laptopie, bierze za telefon, ale piąty hormon jest szybszy i rzuca w moje usta: JEDNAK NIE CHCĘ KEBABA, CHCĘ ZIEMNIAKI Z PIEKARNIKA! Z empatii Zaślubionego już zostają jakieś skrawki, ale mężnie ubiera chwilę temu rozebrane jeansy (na rzecz spodni dresowych, z gołym tyłkiem jeszcze nie paraduje po domu) i wyrusza po ziemniaki, a mnie szósty hormon rzuca się na sumienie, po drodze zahaczając o oczy, więc zaczynam płakać. Na pytanie, zupełnie wyzbytego już z empatii, Zaślubionego, dlaczego płaczę, cały tłum hormonów odpowiada chórem: NIE MAM POJĘCIA…
I tak od tygodnia…
Do tego zamiast korzystać z dni bez pracy i regenerować ciało ja nie mogę spać. Leżę gapiąc się na sufit i w zależności od głównego hormonu albo myślę, jak jestem szczęśliwa lub jak bardzo jest mi źle. Zdarza się, że te dwie myśli występują zaraz po sobie w odstępie minisekundy (o ile tylko coś takiego istnieje). Nawet kot omija mnie szerokim łukiem, co nie umknęło moim hormonom i TAK STRASZNIE MI SMUTNO! A za chwilę nie jest mi smutno wcale.
Już prawie zapomniałam, że gdzieś byłam, bo hormony chyba wtedy były na urlopie w innym kraju, ale dalej za TYM miejscem tęsknie. Nie wiedziałam, że za miejscem można aż tak tęsknić. Chyba że to znowu te hormony…
wtorek, 6 marca 2012
Prawda życiowa
– Czy nie mógłby Pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? – spytała Alicja
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść. – odparł Kot-Dziwak
Ja już wiem, gdzie chcę...
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść. – odparł Kot-Dziwak
Ja już wiem, gdzie chcę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
