Toniemy we włosach. Są wszędzie. Na łóżku, na Krasnalach, w
pieluchach, na pieluchach, w wózku, na ubrankach, pod prysznicem, w wanience,
na kosmetykach, na rękach, na stole. Winnam temu ja. Na fotelikach, bujaczkach,
matach edukacyjnych, poduszkach, na misiach i wszystkim, co z założenia jest krasnalowe.
Winien temu kot. A właściwie kotka, bo tu chyba płeć też ma znaczenie. Nie wiem tylko dlaczego mnie tych włosów
wyraźnie ubywa, a kot wydaje się wyrzucać je z worka, bo na sobie wciąż ma tyle
samo. Do tego sprawdza się u nas idealnie powiedzenie „Chcesz wiedzieć, jakie
miejsce jest w Twoim domu najwygodniejsze, zobacz gdzie śpi Twój kot”. U nas
najwygodniejsze okazują się być sprzęty dziecięce. Jeśli tylko odpowiednio nie
zabezpieczymy miejsc, z założenia które powinny być sterylne, wtedy miejsca te
stają się futrzane. Stąd też nasze mieszkanie, oblężone przez wszystko co
kolorowe, grające, piszczące i miękkie (patrz: dziecięce) albo opatrzone jest
plastikowymi reklamówkami (działa na kota i na mnie, kot się boi szelestu, więc
omija szerokim łukiem, ja dostaję szału, bo wygląda jakby wybuchło u nas Tesco)
albo jest w kolorze kociej sierści. Rady nie ma. Krasnale chyba już
przyzwyczaiły się do życia „na i pod włosem”, zaryzykuję nawet stwierdzeniem,
że innego życia nie znają. Także niedługo ja łysa, Krasnale obłożeni zewsząd
owłosieniem niekoniecznie ich, uczynimy z kota naszego testera miękkości. Bo
ostatnio nawet gondolki wózkowe przetestowała… no comments.
niedziela, 14 lipca 2013
środa, 10 lipca 2013
Zabiorę Cię właśnie tam...
Dzisiejszy spacer z Krasnalami utwierdził mnie w
przekonaniu, że moglibyśmy zatrudnić się jako wsparcie karetek pogotowia.
Koguta może ktoś nie usłyszeć, ale dwóch drących się Krasnali tak, jakbym je ze
skóry przed wyjściem obdarła i solą posypała, usłyszy nawet głuchy stulatek.
Próbowała wszystkich metod ukołysania, ale nic nie działało. Trzy rundki po
parku podzieliły gapiów (a gapili się wszyscy) na dwa obozy – pierwszy to Ci,
którzy patrzyli z politowaniem, wręcz współczuciem. Głowę dam, że gdybym
poprosiła o drobne od strzału bym od nich dostała. Ale grupa druga natychmiast
by mi je odebrała, ponieważ w ich oczach wyczytać można było jedno- wyrodna
matka. Próbowałam ukoić w ramionach (Krasnali, nie gapiów), ale skutek był
taki, że jeden się uspokajał, drugi zaś zaczynał wydzierać się jeszcze bardziej
(a myślałam, że to niemożliwe!), potem odłożony wpadał w spazm, kiedy znowu
leżał w wózku i kończyło się na dźwiękach zatykających uszy. Naszła mnie nawet myśl, jakie to proste
byłoby mieć jednego, usiąść na ławce, ukołysać, poczekać aż zaśnie i odłożyć.
Nie narzekam, nigdy nie oddałabym któregoś z moich dzieci, ale wczoraj ta myśl
uderzyła z mocą młotka o palec. Zaraz więc pożałowałam tego, co się w głowie
narodziło, otrzepałam się z resztek użalania się nad sobą, przypomniałam sobie amerykańskie
filmy. Na ich wzór ubrałam okulary, wyprostowałam plecy, pierś wypięłam do
przodu i z miną błogiej matki, której to dzieci delikatnie pełzają po
czyściutkiej podłodze gaworząc i uśmiechając się, którym płacz jest obcy, a do
każdego wyciągają swoje łapki na przytulenie, popchałam ten tonowy wózek z
dwoma syrenami na pokładzie, udając że tak właśnie ma być. Mijani ludzie
wykazywali odmienne uczucia – od śmiechu po żałość, a ja swojej miny nie
zmieniałam.
I tylko raz parsknęłam śmiechem, kiedy to najbardziej
życiowi okazali się panowie, których celem jest porozwozić złom i za to się
napić. Minęłam ich i ich zaadoptowany do wywożenia złomu wózek (pojedynczy), a
za plecami usłyszałam:
„Patrz, Wiesiek, takim mercedesem, to byśmy k…wa złomu
nawiezli!”.
Amen.
poniedziałek, 8 lipca 2013
I masz tu, babo, wyjście z domu
Czasami uda się uciec. Zaślubiony zostaje z Krasnalami,
nawet sam wymusza takie wieczory, tłumacząc, że „człowiek musi się przewietrzyć
i pobyć bez dzieci”. Ja tam mam swoją teorię mówiącą, że zostaję wysyłana „do
ludzi”, kiedy poziom mojej jasności umysłu spada do zera, „grucham i gaworzę”
zamiast mówić, książki nie czytam, tylko nią poruszam czekając aż wyda jakiś
dźwięk, zamiast jedzenia do ust pcham swoją pięść, a na widok wracającego z
pracy Zaślubionego zaczynam machać rękami i nogami. Wtedy mam swój „out time”,
pożytkowany różnorako, ważne żeby gdzieś z dala od dzieci, przyjemnie i żeby
zmieścić się w dwóch i pół godzinie, bo potem baza wojskowa wzywa z powodu
głodu żołnierzy, a generał w postaci Zaślubionego klucza do kuchni nie posiada.
Tak więc bywa, że idę do kosmetyczki. Na zabiegi TYLKO DLA
MNIE! Gotowa na to, żeby moje dłonie znowu zaczęły przypominać dłonie , stopy
wróciły do stanu przynajmniej wyjściowego i żebym pobyła w ciszy, słuchając
muzyki. No i prawie się udaje, tyle że kosmetyczka moja to osoba wyjątkowo miła
i empatyczna, która sprawdza się w roli rozmówcy, tak więc chcąc wykazać się
swoją kindersztubą zawsze pyta o Krasnali. Odpowiadam zdawkowo, bo choć matką
jestem kochającą nad życie to te kilkadziesiąt minut ma być TYLKO DLA MNIE! Odpowiadam
więc zdawkowo, ale zawsze ktoś (patrz: inna klientka czekając na zabieg, której
się nudzi, a która o dzieciach chętnie by porozmawiała, bo potem wraca do domu,
gdzie niekoniecznie czekają na nią dwa egzemplarze) podłapie temat „bliźniaki”
I się zaczyna:
„Bliźniaki, naprawdę?” – nie, na żarty.
„Chłopczyki czy dziewczynki?” – po połowie z każdego.
„Dużo pracy?” – nie, w czasie wolnym uprawiam jeszcze pole.
„A podobni?” – ta, do listonosza.
„A moja koleżanka to
ma koleżankę, której koleżanka też ma bliźniaki i one strasznie płakały w
nocy.” – to tylko się cieszyć, że od bliźniaków oddziela Panią ściana dwóch
koleżanek.
„Ale przynajmniej za jednym razem ma Pani dwóch i spokój” –
tak, a że zawsze marzyła o szóstce to w następnej turze będą czworaczki.
Oczywiście odpowiedzi te daję w głowie, natomiast w głos
wypowiadam grzeczne i uśmiechnięte zdania: „Naprawdę”, „Chłopczyki”, „Nie jest
źle”, „ Trochę, ale do odróżnienia”, „Faktycznie, coraz więcej jest bliźniąt”,
„Racja”.
Z gabinetu więc wychodzę szczęśliwsza, bo któraś z moich
kończyn wróciła do normy, ale w głowie i tak Krasnale.
Zdarza się więc, że idę na koncert. Przygotowania
logistyczne trwają od kilku dni, żeby dojechać na początek, posłuchać muzyki i
zdążyć na wydawkę Krasnalom. Wybór pada na zespół z Argentyny, zapowiadany jako
objawienie tango prosto z Buenos. Wypadam więc po kąpieli (Krasnali, na swoją
czas miałam wcześniej w przelocie), lecę z biletem prawie przyklejonym na
czole, żeby każdy widział, że NA KONCERT IDĘ, takam z tego dumna. Dumnam też,
bo mam dwie i pół godziny, podczas których zespół ma grać, wpadam i…dowiaduję
się, że mają dwugodzinne opóźnienie. Posłuchałam więc strojenia instrumentów,
zobaczyła parę filmików puszczanych na rzutniku, pokrzyczałam na towarzyszki
moje tego wydarzenia, które na nie wyciągnęłam (krzyk był konieczny, ponieważ w
oczekiwaniu na muzykę puszczana była inna o sile miliona decybeli, więc o
rozmowie mowy nie było), no i usłyszałam trzy numery, po których musiałam
wracać.
Ale zdarza się też, że do miasta zagląda gość nie byle tam
jaki, tylko Broszki, we własnej osobie! Pojawia się w poszukiwaniu grzywki,
znajduje ją i czas na spotkanie ze mną w osobie własnej! Siadamy i pomimo
godziny, jaką otrzymałam od swojej armii zbawienia rozmowa leje się strumieniem
i nie przeszkadza mi, że rozmawiamy o dzieciach, bo jaka to kreatywna rozmowa!
I jak pięknie się można przekonać, że są na świecie ludzie myślący podobnie do
ciebie! I można się przekonać, że internetowe znajomości są warte zachodu! I w większości
nie trzeba mieć na nie wychodnego! Może to i lepiej….
środa, 3 lipca 2013
Dwanaście nowych prawd
Czasami człowiek musi sobie przerwę strzelić. Zdarzają się
przerwy z wyboru, zdarzają się z musu. Moja była po połowie. Rozważane było
nawet piękne zakończenie pisania, bo się ostatnio monotematycznie zrobiło, a
lepiej nie będzie. Pytanie ile można pisać, a co więcej, ile można czytać o tym
samym. No ale póki co pomysł zawieszony. Bo też już ponad trzy miesiące minęły
i tak jakoś na podsumowanie ostatnich tygodni się wzięło.
Po pierwsze to się człowiek psuje. Może jakiś pstryczek mu
się zacina albo gdzieś nie styka, ale jak tylko znajdzie się w pozycji siedzącej,
półsiedzącej, półleżącej, podpartej, a już nie daj Boże leżącej to się wyłącza.
Zero prądu, nul. Świadomość odcięta, usta otwarte, ślina cieknie i brak
kontaktu. Gwarancja już nie obejmuje tego typu napraw, więc zostaje wierzyć, że
minie albo sprzedać się na allegro z opcją „używane”.
Po drugie każda migająca, zaczepiająca, oznajmująca reklama
internetowa kierowana bezpośrednio do mnie jest o łóżeczkach, pieluchach,
grzechotkach albo śliniakach. Konkluzja jest jedna – dla świata konsumpcji
spisana jestem na straty. Tak więc od dzisiaj rzeczy będę nosiła zawinięte w
pieluchy, jeździć będę na łóżeczku, dzwonić będę z grzechotki, a ubierać w
śliniaki.
Po trzecie człowiek porannego prysznica nie bierze, on go
dosłownie spotyka w przelocie. Zaczyna nawet myśleć o namydleniu się podczas
szybkiego przełykania zbyt ciepłej (bo właśnie zrobionej, a potem nie będzie
już kiedy pić) lub zbyt zimnej (bo nie było kiedy pić wcześniej) kawy
(oczywiście zbożowej). Pogania w myśli wodę, żeby szybciej leciała, ręcznik,
żeby szybciej suszył i przeklina balsam, bo po tylu latach przyjaźni dalej nie
chce się wsmarować sam.
Po czwarte śniadanie, obiad, kolację, podwieczorek i deser
je się razem w jednym posiłku wieczorem, kiedy 50% rodziny śpi. Potem robi się
niedobrze, więc luz, minie na wieczór i w sam raz…
Po piąte sztuka zgrabnego pakowania rzeczy i ograniczanie
ilości przedmiotów wynoszonych z domu na spacer/wizytę to taka sama iluzja jak
lek na cellulitis. W obu przypadkach nie działa. Ja naprawdę nie wiem jak to
jest możliwe, ale ilość rzeczy wkładanych, potem wyciąganych, znowu wkładanych
(zwykle ilość się nie zgadza i potem trzeba wracać w opuszczone wcześniej
miejsce po sztukę zapomnianą) jest trylionowa. Myślę o zakupię rikszy albo
małego wielbłąda, ktoś to przecież tachać musi, a mnie niedługo plecy pękną,
więc na niewiele się przydam.
Po szóste każdy lubi łysinę, prawda? Bo moja głowa chyba
właśnie postanowił wyzbyć się ubrania. Codziennie striptiz, a ja poszczególne
części garderoby wyciągam garściami.
Po siódme im większe Krasnale tym większe współczucie
wzbudza się wokoło. Już nie tylko gimnazjaliści komentują. Pytania „i jak?”, „dajesz
radę?”, „jest ciężko?” uważam już za retoryczne.
Po ósme chociażby nie wiem jak się zaklinało, starało i
straszyło, mieszkanie się samo nie chce posprzątać za nic. Nie działają groźby,
opuszczenie, nie działa olewanie. Ono złośliwie pozostaje nietknięte, co
najwyżej wyskubie z siebie jeszcze ze sto kłaczków.
Po dziewiąte wyprasowane ubrania to się widzi na bezdzietnej
sąsiadce i na swoich dzieciach. Siebie i tak się nie ogląda, więc w sumie bez
strat.
Po dziesiąte jak mnie ktoś w nocy obudzi (musiałby się tylko
wbić w te przerwy między niespaniem) i każe zanucić jakąś melodię to na mur
beton będzie to melodyjka z bujaczka. Myślę, że tak samo ma sąsiad, z którym
mamy okno w okno. Upały są, okna otwarte, a muzyczka się niesie. Krasnale ją
kochają to my niewiele mamy do gadania. Zresztą i tak już się pogodziłam z
utratą kontaktów sąsiedzkich, więc co mi szkodzi.
Po jedenaste czas na pisanie mocno się skraca…
Ps. Co z tym facebookiem? Zakładać? Tylko w sumie po co blogowi profil na portalu? Bo po dwunaste traci się bystrość umysłu chyba.
wtorek, 4 czerwca 2013
Czas wolny?
Tak więc są chwile, kiedy można przypomnieć sobie, jak
wyglądało życie w erze przedkrasnalowej. Z tego też powodu postanowiłam
wspomnieć o czymś nie związanym z dziećmi. Wyzwanie podjęte!
Co robi więc człowiek zwany matką? Idzie wreszcie do
F-R-Z-J-E-R-A!!!!! Tych, których imienia w tym poście wymieniać nie można
zostają spakowani do swojego pojazdu i sprzedani rodzicowi numer dwa (numeracja
nie ma nic wspólnego z hierarchią ważności w rodzinie). Ten optymistycznie
postanawia przeczekać z potomkami moją wizytę spacerując w okolicy, obyśmy potem
Oni i ja w wersji nju wrócili pod rękę do domu. Rodzic numer dwa, zwany
częściej Zaślubionym, został poinformowany o tym, ile taka wizyta trwa, ale
pozostał niewzruszony. Podejrzewam, że założył, iż wizyta to wizyta. Ale nic
bardziej mylnego!!!! To nie tylko mycie, farbowanie i obcinanie. To również rozmowa,
układanie włosów, czytanie gazety (ile się może zmienić w szoł biznesie przez
10 tygodni!!!!!!!!!!), delektowanie się chwilą dla siebie pod suszarką i
obserwowanie innych bez konieczności pchania czegokolwiek.
Zatem kiedy ja zasiadłam i zaczęłam rytuały wyboru koloru,
decyzji podciąć 5 czy 50 cm, Zaślubiony zaczął rundkę spacerową, gdzie okno
salonu fryzjerskiego było w połowie drogi. Ponieważ usiadłam tak, że w lustrze
doskonale widziałam co się dzieje po zewnętrznej stronie obserwować mogłam
ilość okrążeń pokonywanych przez wyżej rzeczonych. Pierwsze – wybieram gazetę,
drugie – wybieram kolor, trzecie – kolor zostaje nakładany, czwarte – nakładany
zostaje kolor na kolor (chcemy bowiem uzyskać refleksy), piąte – czekam aż
farba wsiąknie, szóste (podejrzewam, że jest siódmym, ponieważ dłuższy czas
spędziłam z głową w myjce) – włosy są suszone, siódme (lub ósme) – trwają przygotowania
do podcięcia…i tu następuje pewna zmiana. W wózku widoczne stają się pewne
ruchy, które z doświadczenia wiem, że wiążą się również z dość donośnym wyciem
tych, których imienia wciąż wymieniać nie można. I tak okrążenie ósme (lub
dziewiąte) jest już w konfiguracji- Zaślubiony pchający wózek i trzymający
jednocześnie jednego z TYCH, co o nich właśnie NIE piszę w pozycji samolot.
Okrążenie kolejne to ta sama konfiguracja, tyle że samolotem obciążona druga
ręka (prowadzenie boeinga to jednak wyzwanie), po czym następne okrążenie to
już klasyczne Zaślubiony i dwie ręce na wózku, a do tego sms: „Sytuacja
opanowana”. Po trzech godzinach, po których
wychodzę szczęśliwa, odświeżona, naenergetyzowana jedno jest pewne – z całej
nasze czwórki tak czuję się tylko ja. Cała jednak sytuacja pokazał mi, że:
- czas TYLKO dla siebie to jednak ważny element życia
- włosy po wyjściu od fryzjera układają się zdecydowanie
lepiej niż po umyciu
- faceci nigdy nie zrozumieją co można robić TYLE czasu u
fryzjera, nawet jak się mu to wyjaśni
- pisanie postów bez wspominania o Krasnalach to raczej
rzecz niemożliwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
